I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
wtorek, 25 stycznia 2011

No jak ja nie rozumiem niektórych ludzi, się czuję czasami normalnie socjodebilem kompletnym. Nie rozumiem na przykład, że ktoś zamiast zajmować się swoimi obowiązkami służbowymi, za które ma płacone, odpierdala pozę pająk-chwat-wszystkim-brat i nieproszony wyręcza wszystkich we wszystkim, a potem chodzi i pierdoli, jak to nie ma czasu się swoją robotą zająć, bo ciągle kogoś w czymś musi wyręczać, i on biedny przez to wyręczanie siedzi wew biurze od szóstejrano do dwudziestejczeciej, a stos jego roboty rośnie i rośnie i nic nie ubywa z niego. Że tak jeszcze raz pozwolę sobie podkreślić – wyręcza NIEPROSZONY, a nawet czasami wręcz proszony, żeby się nie wpierdalał, więc z tym muszeniem to taka jaGby nieco nadinterpretacja jest. No chyba, że ma natręctwo takie, bo jak ma, to zaiste MUSI, ale z psychiatrą niech se to omawia, a nie ze mną, bo u mnie nie doczeka się ani współczucia, ani zrozumienia, ani recepty. Sama co prawda, mimo mojego złego charakteru, też czasami współpracownikom pomagam albo wyręczam ich przy niektórych zajęciach, ale zawsze odbywa się to przy ich wyraźnej deklaracji, że takowej pomocy potrzebują, oraz nigdy, ale to kurwa przenigdy nie zaniedbuję z tej okazji swoich obowiązków. Nie mówiąc już, że nie przyszłoby mi do głowy, żeby potem wszem i wobec opowiadać, jaką to zrobiłam komuś łaskę i jak to przez robienie owej łaski nie zdążyłam z czymś tam. No ja jebię, na mojej prywatnej liście żenujących zagrywek towarzyskich ta zajmuje jedną z czołowych pozycji.

Druga akcja, która mnie niemiłosiernie wkurwia, jest właściwie nieco inną formą pierwszej akcji, wykonawca ten sam. Wykonawca uprawia użalanie się nad sobą, że ojezujezu, grypa mnie bierze, taki jestem zaziębiony, ale kurwa będę przyłaził do zakładu penitencjarnego i rozsiewał wirusa smarcząc i kaszląc na wszystkich wokoło, będę dużo wychodził na zewnątrz, koniecznie kurwa bez kurtki, bez czapki i bez sensu, potem będę wracał do biura, w którym se nagrzałem jak w saunie żeby wirus miał optymalne warunki inkubacyjne i logistyczne, a potem znowu spocony polecę na podwórek i będę stał na tym zimnie taki niepoubierany, bo jestem męczennikiem i chuj. I w międzyczasie oczywiście cały czas będę pierdolił, że biedny jestem i źle się czuję olaboga laboga. Zwolnienia nie wezmę, bo przesz jak to, kto wtedy będzie wyręczał kolegów, a oni (ci koledzy) z dnia na dzień coraz jakby bledsi i bardziej kaszlący, no jak nic zara pójdą na elcztery, a ja będę musiał zapierdalać za nich wszystkich jeszcze bardziej niż teraz ojeny jeny, jaki jestem dzielny i niezbędny. Jak męczennikowi poradziłam, żeby się jednak udał na zwolnienie choćby w celach izolacyjnych, zamiast rozsiewać mikroba, bo te masowe pokasływania to przez niego, to odpowiedział, że jak mi coś nie pasuje to mam se sama na zwolnienie iść, bo beze mnie się jakoś obejdą, a bez niego nie, a skoro przesz i tak już za wszystkich tu zapierdala, to może porobić i za mnie. Szkurwa, coś czuję, że za chwilę kolega będzie musiał zapisać się na jakiś megazajebiście przyspieszony kurs angielskiego, żeby zastępować mnie przy tłumaczeniach. Bo po jego radosnej działalności wirusokolportacyjnej, uprawianej przez cały zeszły tydzień, od wczoraj obserwuję u siebie nasilenie objawów świadczących o nadciągającej konieczności poleżenia w odosobnieniu, co da koledze szanse bliższego zapoznania się z moim zakresem obowiązków. Gdyż specjalnie dostanę takiej wykurwistej gorączki, że nawet telefonu nie będę mogła odebrać.

Oczywiście o robieniu przeze mnie jakichkolwiek tłumaczeń czy produkowaniu pism i wysyłania tego mailem podczas przebywania na elcztery nie mają co marzyć – gorączka może negatywnie wpłynąć na jakość mojej pracy, a tego, jako pracownik wyjątkowo odpowiedzialnie i ambitnie podchodzący do powierzanych zadań, ni kuta bym nie zniesła. Poza tym panicznie się boję że jak będę na zwolnieniu cokolwiek dla firmy robić to zus uzna, że symuluję podstępnie, i mnie ukamienuje komisyjnie pod magistratem ku przestrodze.

Kolejną rzeczą, której ogarnąć nie potrafię, jest to, że ktoś mi zwraca uwagę, że ąę droga Abo ależ ty strasznie przeklinasz ęą, kto to widział ąę, jak to ęą świadczy o twojej kulturze osobistej ąę, przesz to kompletny brak manier ęą. I jeszcze ąę powinnaś rzucić palenie ęą, bo nie mogę patrzeć jak się trujesz (to wypierdalaj za winkiel, ja też będę uszczęśliwiona, że nie muszę cię oglądać) a po drugie kobieta z papierosem wygląda nieelegancko. Aę. I ęą.

Wyjaśnijmy sobie jedno: jako prawdziwa dama wyglądam elegancko w KAŻDEJ sytuacji. A ktoś, kto twierdzi inaczej, nie jest dżentelmenem tylko zwykłym chamem. Jako dama nie jestem zainteresowana opinią chamstwa na mój temat. To raz. Dwa – wzruszające, że takie uwagi robi mi koleś, który jest w niegasnącym konflikcie z mydłem i proszkiem do prania, na antyperspirant jest śmiertelnie obrażony i ewidentnie nie rozmawiają ze sobą od miesięcy, nie bardzo dogaduje się ze sztućcami, a odgłosy, jakie wydaje przy konsumpcji płynów bądź pokarmów stałych, sprawiają, że mam ochotę w ramach protestu wbić mu widelec w oko. Więc kurwa, niech mi nie mówi nic o elegancji. Ani o kulturze osobistej, jeśli łaska.

Nie muszę chyba dodawać, że udzielanie mi protekcjonalnym tonem dobrych rad, o które nie proszę, wyczerpuje wszelkie znamiona misji samobójczej.

I nie muszę mówić, że jeżeli na dobre rady i bezcenne opinie nie reaguję krótkim a asertywnym „odpierdol się”, tylko uprzejmie konwersacyjnym tonem zaczynam drążyć temat, używając przy tym słodkiego głosu i mnóstwa trudnych wyrazów, to należy bezzwłocznie oddalić się na z góry upatrzone pozycje. I najlepiej, żeby te pozycje znajdowały się gdzieś bardzo, bardzo daleko. Na przykład na innym kontynencie.

Oraz ostatnio piłam wódkę z jednym narzeczonym, co z nim się prowadzałam przez jeden kwartał mając lat dwadzieścia – ojajebie, jakąż ja miałam za młodu anielską cierpliwość. No normalnie sama siebie podziwiam, że dawałam radę spędzić z nim więcej niż piętnaście minut, i to zazwyczaj będąc przy tym trzeźwa. Tym razem na trzeźwo nie dało rady a i tak szybko uciekłam, bo stwierdziłam, że dawka alkoholu, jaką musiałabym przyjąć żeby móc przyswoić jego opowieści, może spowodować u mnie nieodwracalne zmiany w tkankach mientkich. A z kolei nieprzyjęcie przeze mnie tej dawki niechybnie spowodowałoby nieodwracalne zmiany w jego układzie kostnym. Na przykład ciężkie uszkodzenia czaszki.

O tym narzeczonym i historii naszej znajomości napiszę kiedyś szerzej, jak już mi trauma minie, bo tera jak se o nim myślę to jedyny błyskotliwy komentarz, jaki mi się nasuwa, brzmi „ojapierdole”. Powtórzone co najmniej pięć razy. ” Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że od czasu, kiedy się z nim prowadzałam, jemu się zdecydowanie pogłębiło – wtedy nie był aż taki… No nie był aż TAKI po prostu i już. I zdecydowanie lepiej maskował się z pewnymi rzeczami. Uchylając rąbka tajemnicy: pomyślcie teraz o największym narcyzie, jakiego znacie. Ale takim wiecie, co to nie tylko jest najładniejszy, ale też najmądrzejszy i zna się na wszystkim najlepiej i ma wszystko najbardziej zajebiste. I oczywiście wie, czego pragną kobiety – pragną JEGO. A teraz poszukajcie wśród znajomych kogoś, kto pierdoli jak potłuczony z absolutną pewnością swego, oczywiście nie można mu udowodnić, że się myli, gdyż jest nieomylny i co otworzy ust korale to pada z nich dogmat. A teraz jeszcze poszukajcie takiego, który smaży niestworzone historie w grubej megalomańskiej panierce, nie troszcząc się o to, na ile są wiarygodne, ponieważ wszystkich dookoła ma za idiotów, którzy i tak uwierzą we wszystko, co on opowiada. Jak już se przypomnieliście odpowiednie egzemplarze to teraz każdego pomnóżcie razy pięć. I dodajcie te wszystkie typy do siebie. Słabo? Podnieście to do kwadratu i macie przybliżony obraz mojego Ex (Mów Mi Bożyszcze Tłumów).

Żeby nie było, że przesadzam, zapodam próbkę jego możliwości; ponieważ długo się nie widzieliśmy zmuszona zostałam do wysłuchania sprawozdania kogo to on nie zna, z kim to nie pił, kogo to nie ruchał. Rozjebała mnie opowieść, jak to z kolegą jednym, co jest tera na bardzo eksponowanym stanowisku politycznym, wpadli kiedyś do Columbusa i wypili wszystek najdroższy alkohol oraz wypalili wszystkie najdroższe cygara, jakie były w Columbusie i w Colorado (bo barmani jak pieski biegali po gorzałkę i cygara dla nich na drugi koniec Wałów), a potem powiedzieli właścicielowi (którego oczywiście były też zna), że te jego obie knajpy to strasznie chujowe są, a on, ten właściciel, w ramach przeprosin dał im stówę na taksówkę do innej knajpy (w której planowali dalej wypijać ekskluzywny alkohol i wypalać równie, jak nie bardziej, ekskluzywne cygara), a przy następnej ich bytności w Columbusie postawił im na swój koszt flaszkę pierdyliardletniego Dżonego Łokera oraz paczkę najdroższych oryginalnych kubańskich cygar z kontrabandy. Te cygara to wogle na pewno były własnoręcznie i własnoudnie toczone przez Drzenifer Lopez albo inną Penelopę Kruz, jestem tego absolutnie pewna, a mój były nie wspomniał o tym wyłącznie z wrodzonej skromności. No japierdole, sami przyznacie, że na trzeźwo nie da rady tego słuchać, a dawka gwarantująca znieczulenie może zabić.

Idę se zapodać dropsy zwalczające rozwijające się we mnie nowe życie (mam na myśli wirusy i paciorkowca a nie, tfutfunapsaurok, ciążę) a potem idę do łóżka. Z Praczetem.

A jeszcze a propos Praczeta – tak mi się na koniec przypomniało, że na Krzywoustego jest JADŁODAJNIA U IGORA. I tak se myślę, że nie wiem, czy miałabym odwagę zamówić tam jakieś danie mięsne. Bo chyba jednak raczej przypuszczam, że wątpię.

 

PeeS:

Oczywiście wiem, że noteczka jest nudna jak chuj, ale przynajmniej jest długa. Czytając zmęczycie się tak, że nie będziecie mieli siły na pisanie niestosownych komęcików.

Bisous

A.

21:27, nimfabo
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2