I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
czwartek, 26 lutego 2009

Przedwczoraj zostałam zaproszona na imprezę domową z okazji śledzia. Poszłam, a jakże, gospodarzy lubię bardzo, więc czemuż by nie. Oprócz gospodarzy i mnie na imprezie były jeszcze trzy inne znane mi osoby oraz, w roli głównej atrakcji wieczoru, najprawdziwszy na świecie Krasnal Mędrek.

Niewiele rzeczy bardziej mnie wkurwia niż facet, który ma 150cm wzrostu i rekompensuje sobie tę niedogodnośc za pomocą hałaśliwego zachowania, godzinnych opowieści o dupie p. Maryny (wygłaszanych rzecz jasna takim tonem, jakby prowadził odczyt o terorii kwantów i kwarków, i nadając głosowi taką moc, jakby miał ten odczyt bez mikrofonu na Jasnych Błoniach) oraz gestykulacją stanowiącą zagrożenie życia i zdrowia dla osób znajdujących się w promieniu jednego metra.

Nie wspominając o tym, że przerywa wypowiedź każdemu rozmówcy, bo oczywistą oczywistością jest, że nikt, ale to kurwa NIKT, na pewno nie ma do powiedzenia niczego ciekawszego ani mądrzejszego niż on. I ma on do powiedzenia mnóstwo ciekawych i mądrych rzeczy, bo na wszystkim się zna. I oczywiście zna się na tym wszystkim najlepiej.

Ponadto nosi same bardzo drogie markowe ciuchy (miał na sobie co najmniej równowartość swojej pensji), ma zajebiście wypasiony telefon najnowszej generacji (i nie że do pracy mu taki potrzebny, tylko po to, żeby wszystkim pokazywać jakie ma zajebiście wypasione funkcje) i jeszcze bardziej wypasioną empetrójkę, która to PRZYPADKIEM wypadła mu z kieszeni, kiedy szukał telefonu. Machał też, w ramach wzmocnienia gestykulacji, przyczepioną do empetrójki smyczą z logo jakiejś tam firmy, od nazwy której powinnam pewnie przejść natychmiast w fazę plateau po czym oddać się właścicielowi gadżetu. Oddać się rzecz jasna na stole kuchennym nie bacząc na obecność pięciu innych osób. Niestety problem w tym, że po pierwsze w swej bezbrzeżnej ignorancji kompletnie nie kojarzyłam nazwy tej firmy, a po drugie mnie smycze do telefonu nie kręcą. Choćby miały logo samej Coco Chanel.

Te jego opowieści, jakież to on wypasione alkohole pił i jakież to cygara po 100 dolców palił, pozowanie na młodszą wersję Bogusia Lindy, jawne gapienie mi się w cycki podczas rozmowy - no dramat po prostu. Chociaż w sumie to ostatnie nie dziwi mnie jakoś bardzo, wszakże na tej wysokości była jego głowa, więc niby na co miał się gapić, nieprawdaż. Od patrzenia mi w oczy mogła go rozboleć szyja.

Bliska utraty przytomności byłam, kiedy rzucił mi nonszalanckie "wiesz, mała, musimy się kiedyś razem napić absyntu, absynt jest po prostu zajebisty". Uuuuu... absynt, powiadasz... nikt mnie jeszcze tak oryginalnie nie rwał... ajłonciu ajnidziu oł bejbe oł bejbe. Chodźmy do łazienki i tarzajmy się w rozpuście.

Wyobraźcie sobie, że mimo wszystko ani razu, przez cały wieczór, nie powiedziałam do niego niczego niestosownego. Ni jednej złośliwości. Żadnej, nawet najmniejszej szpileczki.

Zanim bliżsi znajomi zaczną się poważnie martwić o mój stan psychiczny (niewtajemniczonym wyjaśniam, że normalnie ku uciesze gawiedzi zrobiłabym pajacowi z dupy jesień średniowiecza) informuję, że poza rzuceniem "cześć" nie powiedziałam do niego NIC (mimo, że kolega okrutnie upodobał sobie moje towarzystwo widząc we mnie zapewne wymarzonego słuchacza, albowiem nie przerywałam mu jakże pasjonujących wypowiedzi) a milczałam wymownie albowiem:

1) nie byłam u siebie,

2) nie chciałam robić przykrości gospodarzom

3) po trzech godzinach słuchania snutych przez niego fantasmagorii i niedwuznacznych propozycji miałam poważne obawy, że jeśli już otworzę do niego usta, to skończy się na wycedzeniu z czarującym uśmiechem "a ty nie powinieneś teraz łowić ryb w jakimś enerdowskim ogródku?".

No z całym szacunkiem, ale Królewną Śnieżką to ja nie jestem (z tej akurat bajki najbardziej przypominam ładną acz niemiłą panią w przebraniu handlującą jabłkami), więc koleś o głowę niższy może mi co najwyżej w nocy chatę sprzątać, wyżerać ciasteczka, szczać do mleka i co tam jeszcze krasnoludki po nocach robią. O żadnych poufałościach z serii "kto spał w moim łóżeczku" nie ma mowy.

  

PeeS:

a w ogóle to jakieś gówno znowu pyli, w związku z czym jestem zasmarczona, załzawiona, spodziewam się lada moment zapalenia zatok, spojówek oraz reszty ciała i w ogóle jestem niezbyt przyjazna dla środowiska.

19:34, nimfabo
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11