I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
niedziela, 28 lutego 2010

 


Powyższą pieśń wiosenną uważam za utwór radosny, tętniący życiem i wibrujący pozytywną energią, jagby kto pytał. Ponadto zrekompensować ma Wam ona poniekąd temat dzisiejszej noteczki.

Gdyż albowię dziś będzie o psich kupach. Chociaż w sumie nie tylko.

Jako, że śnieg topnieje, słońce świeci oraz temperatura sięga +12 stopni celsjuszowych, mam ostatnio straszliwą potrzebę zażywania ruchu na świeżym powietrzu. Co generalnie cudownie, bo ruch na świeżym powietrzu jest bardzo zdrowy – zwłaszcza jeśli jest się w ciąży (nawet, jeśli ciąża jest urojona i w dodatku urojenie to mają osoby przebywające 350km od rzekomo ciężarnej). Mniej cudownie natomiast, że krajobraz wiosenny zakłócany jest psimi kupami, którymi upstrzone są chodniki, trawniki, jezdnie, schody, krawężniki, pokrywy studzienek i w ogóle kurwa KAŻDY kawałek płaskiej i poziomej powierzchni znajdującej się w zasięgu psiej dupy.

Żeby nie było niedomówień – do psów jako takich nic nie mam. Wręcz przeciwnie, lubię bardzo. Rozumiem, że z powodu nieudolności swoich właścicieli nie zostały przyuczone, żeby defekować do kibla w domu, więc luz. Wkurwiają mnie natomiast państwo właścicielstwo, którzy:

-po pierwsze z wyprowadzeniem psa czekają, aż ten zacznie w przedpokoju kręcić kółka (dla niewtajemniczonych od razu uściślam, że u psa kręcenie kółek jest wstępem do zwalenia kreta), tudzież znacząco przysiadać (suki)/ zadzierać zadnią łapę (pies pci męskiej) i dopiero wtedy łaskawie ruszają swoją panawłaścicielską dupę, łapią się za smycz i wyprowadzają pupila z mieszkania,

-po drugie zaś kompletnie nie mają potrzeby sprzątania owoców swojego lenistwa.

Wskutek powyższego winda w bloku nagminnie jest zaszczana (co bardziej pomysłowi właściciele zarzucają rozlewiska moczu ulotkami i gazetkami reklamowymi, co może maskuje samą ciecz, niestety nie neutralizuje smrodu). Bywa zresztą również nierzadko zasrana, ale tu dowody trudniej ukryć pod ulotkami za to łatwiej usunąć, więc zazwyczaj winowajca sam sprząta (pisząc „winowajca” mam na myśli nie psa, a jego ludzkiego współlokatora, gdyż jak już ustaliliśmy pies musi załatwiać potrzeby fizjologiczne i nie ma wpływu na to, że w domu tego robić nie może a wyprowadzić się go nikomu wcześniej nie chciało).

Ponadto zewnętrzna ściana bloku tuż przy wejściu do klatki schodowej wydziela smród, jakiego żadne ludzkie słowo nie opisze, ponieważ jest obsikiwana przez całe pokolenia psów – zarówno tych pańskich jak i bezpańskich. Psy bowiem mają to do siebie, że jak napotkają choćby ślad moczu innego przedstawiciela swego gatunku, to natychmiast i bezzwłocznie poszczywają nań, żeby ich było na wierzchu (podobny mechanizm funkcjonuje zresztą u samców gatunku ludzkiego, ale o tym może przy innej okazji). Więc kiedy jakiś idiota czeka do ostatniej chwili z wyprowadzeniem swego podopiecznego, ten leje na pierwszą dozwoloną pionową powierzchnię – w tym wypadku jest to zewnętrzna ściana bloku właśnie, gdyż wedle mniemania większości kretynów jest ona przecież NA ZEWNĄTRZ, więc luz, niech sobie Azor sika. I chuj, że potem pozostali mieszkańcy wszystkich dwunastu pięter będą zmuszeni delektować się psimi feromonami za każdym razem, kiedy będą wchodzić bądź wychodzić. Przecież nie ma się o co czepiać, to tylko pies, poza tym feromony są fajne i do perfum teraz nawet się je dodaje, więc osochozi? A że feromon psi czy nie psi, z moczu czy nie z moczu, jaka to kurwa różnica.

Aczkolwiek to nic jeszcze, to wstęp jedynie, ponieważ prawdziwy hardkor czeka dopiero po wyjściu na chodnik.

Jak wszyscy pamiętamy, jeszcze przed chwilą była straszna zima, jakiej najstarsi górale nie pamiętają (z czego wynika, że ja jestem zajebiście, ale to naprawdę kurwa ZAJEBIŚCIE starym góralem, skamieliną górala po prostu, gdyż za mojego dzieciństwa takie zimy były czymś całkiem normalnym, ba, wręcz WYMAGANYM – w okresie Bożego Narodzenia i ferii zimowych zwłaszcza) i ta zima oprócz tego, że jak zwykle zaskoczyła drogowców i administrację osiedla (administrację chyba nawet bardziej, bo jak już  powyższy organ po miesiącu odzyskał przytomność i wziął się za odśnieżanie, to zaparkowane przy ulicy samochody przywalone zostały pryzmami śniegobłota fantazyjnie po sam dach) spowodowała również, że okoliczne psy wyprowadzane były na chodnik przed blokiem. I ani kroku dalej, gdyż przecież było zimno oraz śnieg leżał, więc oczywistą oczywistością jest, że w takich warunkach nie sposób wymagać od kogokolwiek przejścia dodatkowych trzech metrów i wyprowadzenia psa poza ciąg komunikacyjny. Więc, jako się rzekło, psy po obszczaniu ściany wyprowadzane były na chodnik i tam, przyjąwszy pozycję zgarbionego kangura, w atmosferze nerwowego przytupu właściciela, oddawały krajowi co mu się należy.

Skutkiem powyższego okolica nabrała nieco gównianej atmosfery, zaś przemieszczanie się obecnie wymaga niebywałego refleksu, koordynacji ruchów, umiejętności utrzymania równowagi i innych takich, ponieważ na chodniku są kupy pośniegowe a na trawniku są kupy przedśniegowe, które zmrożone w nienaruszonym stanie przetrwały zimę. Trzeba być kurwa łyżwiarzem figurowym, i to z tych medalowych, żeby przedostać się przez takie pole minowe bez szwanku na obuwiu. Czego doświadczyłam dość boleśnie wczoraj, wybierając się w ekskluzywnym kozaku zamszowym na spotkanie z Ojcem Rekolekcjonistą (które to spotkanie polegać miało między innymi na pielgrzymce do Zary, więc musiałam być szykowna i trapery absolutnie nie wchodziły w grę). Powiem tak: wleźć w nic nie wlazłam, ale jakim cudem dokonałam tej sztuki, pojęcia bladego nie mam. W ogóle z odcinka między blokiem a przystankiem pamiętam głównie to, że używałam mnóstwa brzydkich wyrazów oraz wykonywałam jakieś ekwilibrystyczne manewry na krawężniku, który zasrany był stosunkowo najmniej, mam też na koncie kilka potrójnych axli i poczwórnych rittbergerów, że o efektownej kombinacji piruetów nie wspomnę. Na przystanek dotarłam spóźniona, wkurwiona, oblana zimnym potem oraz z obłędem w oku. Po tej akcji scena z „Dnia Świra”, w której to Kondrat sra u Dykielowej pod oknem, jawi mi się jako wyjątkowo łagodna i wyrafinowana forma odwetu, bo ja doprawdy mam dużo mniej subtelne pomysły. Na przykład żeby każdemu właścicielowi, którego pupil sra na chodniku, unurzać mordę w ciepłych jeszcze odchodach. Słyszałam, że niektórzy stosują tę metodę na opornych szczeniętach żeby nie brudziły w domu i że jest wielce skuteczna. Co prawda niektóre wyciągają z nauki błędny wniosek i potem nasrawszy wsadzają po prostu mordę w kupę, ale jak się nad tym głębiej zastanowić taki efekt też by mnie w sumie zadowolił.

Ale tak wogle to wiosna prawie jest i ku lepszemu idzie, nie?

20:46, nimfabo
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4