I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
środa, 16 lutego 2011

Dziś miała być w chuj przezabawna noteczka, że ach ach jakaż jestemż błyskotliważ, alęż zaskoczęż teraz wszystkich ciętymi uwagami i wogle ojajebie. Niestety, zapierdol skutecznie odebrał mi natchnenie.

Z okazji zapierdolu nie miałam czasu jeszcze rozebrać i wyrzucić choinki, ale nic to, tknięta jasnowidzeniem w tej kwestii przestałam ją podlewać wkrótce po świętach, dzięki czemu mam absolutną pewność, że nie zakwitnie. Bo jakby zakwitła to mogłoby się okazać, że na pyłki jodły kaukaskiej też jestem uczulona, co wziąwszy pod uwagę brak czasu na pozbycie się pyłkotwórczej wrażej flory, mogłoby się okazać cokolwiek uciążliwe.

Poza tym koty są zadowolone bardzo i przywiązane do drzewka (w sensie, że emocjonalnie, a nie że sznurkiem czy kablem od żelazka).

Nieco deprymujące są plasticzane bombki walające się pod choinką i w innych, cokolwiek niespodziewanych miejscach (w butach natęprzykłat albo w garnku z zupą) oraz ostatnio się igiełki zaczynają osypywać, ale nic nie szkodzi. Ma to swój dekadencki urok (nie jestem w stanie umotywować niczym wstawienia tu określenia „dekadencki” poza tym, że mi się ładnie komponowało w tym akurat zestawie). Poza tym koty zajęte roznoszeniem po całym domu bombek i igiełek są dużo mniej wkurwiające niż koty roznoszące po całym domu moje gąbki i pędzelki do makijażu.

I tak o.

Poza tym oczywiście z racji przepracowania oraz z przyczyn innych, o których nie chce mi się pisać, jestem w pracy ostatnio straszną suką.

Nie to, żeby zaraz dla wszystkich.

I nie to, żeby zaraz bez przerwy.

Ale średnią i tak mam niezłą.

Mam zachomikowane całe mnóstwo dowcipaśnych spostrzeżeń i szkiców wpisików, jak tylko mi się zluzuje nieco to uporządkuję to wszystko i wrzucę na blogaska. Żeby się publiczność zachwycała moim cudownym i wyrafinowanym poczuciem humoru.

Bo w pracy to ostatnio zasadniczo większość patrzy na mnie lękliwie i schodzi mi z drogi, czyniąc ukradkiem znak krzyża.

Jeden nawet zaczął przynosić do pracy czosnek - wymawia się przeziębieniem, ale ja mu nie dowierzam. I wcale się nie zdziwię, jak mu lada moment wypadnie osikowy kołek z torby od laptopa.

A ja jeszcze bynajmniej nie osiągnęłam nawet połowy swoich możliwości - po prostu jestem przepracowana, wkurwiona i niewyspana.

Jak już się wyśpię, to mogą naprawdę zacząć się bać.

Idę kończyć paszkwil do jednego z wyjątkowo wkurwiających zleceniobiorców (tak, owszem, siedzę jeszcze w biurze i tak, owszem, pojebało mnie) i spadam do domu.

Poczytać.

Popaczeć jak koty bawią się pod choinką.

Obejrzeć Hałsa.

I nienawidzić sąsiadów za to, że mają internet bezprzewodowy z zabezpieczeniami. A tych co mają bez zabezpieczeń będę nienawidzić za to, że chujowe łącze i chujowy sygnał.

I że będę się musiała przeprosić z jupisi, bo bez internetu w domu jednak straszna nędza.

Aha, jagby ktoś już miał na końcu klawiatu prześmieszne żarciczki o peemesie, to informuję, że zdecydowanie nie jest to peemes. Ja po prostu bywam nieprzyjemną suką sama z siebie. Niezależnie od fazy cyklu.

19:36, nimfabo
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2