I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
wtorek, 26 lutego 2013

Scena dwunasta, na której skończyliśmy ostatnio:

No więc oprawca świni wraz z towarzyszami zabiełcistotają jeńców do ziemianki, gdzie już czekają panowie kapłani, którzy przyodziani są w druidzie płaszcze z kapturami. Kapłan główny środkowy ma płaszcz bury z pelerynką naramienną oraz dwoma gustownymi złotymi pasami puszczonymi od szyi, natomiast kapłani boczni mają płaszcze bardziej jakby czarne, z wielkimi skórzanymi szkaplerzami, nabijanymi ćwiekami. Oprawca świni z kartuskim akcentem melduje kapłanom, że według zeznań Lidii „tylko kobiety go widziały” (domyślamy się, że mówiąc „go” ma na myśli uroczy posążek w leśnej mgle), po czym dodaje ze skruchą „ale njesteszmy pafnyji”. Kapłan główny zagląda w oczy wszystkim jeńcom po kolei, po czym oznajmia, że kobiety widziały diabła, natomiast mężczyzna nie, więc nie ma potrzeby się nim zajmować. Jeden z kapłanów bocznych proponuje w związku z tym nieśmiało, żeby pana fotografa zabić, bo za dużo wie. Pomysł ten spotyka się z ogólnym aplauzem i zaakceptowaniem. No, może sam zainteresowany i jego dwie amerykańskie przyjaciółki wykazują nieco mniejsze zaakceptowanie i zerowy aplauz, ale też są w zdecydowanej mniejszości etnicznej, więc nie mają nic do gadania. Tak czy inaczej, kapłan główny poleca wyprowadzić fotografa do lasu w celu zastrzelenia go i pogrzebania, co dwaj autochtoni ochoczo czynią. Damy zabrane zaś zostają do ziemianki.

W ziemiance, jak się okazuje, jest jakiś zlot druidów i stoi tam mnóstwo postaci w szykownych płaszczykach z kapturem. Panie zostają szybko i sprawnie pozbawione odzieży wierzchniej oraz bielizny i po chwili widzimy obie dziennikarki osłaniające wstydliwie biust obiema kończynami górnymi. I tu się lekkutko zacięłam, zastanowiło mnie bowiem, że zasłaniają TYLKO biust – albo druidzi zostawili im majtki, albo panny stały zasłaniając obiema rękami cycki a dolne części zostawiając do swobodnego oglądu. Nie bardzo niestety jest czas zagłębiać się w kwestię zostawienia (bądź też nie) majtek ofiarom, bowiem podchodzą kapłani boczni (ci ze skórzanymi szkaplerzami) i zakładają paniom białe komże. Potem podchodzi kapłan główny, przygląda się obu pannom wnikliwie, po czym ordynuje, żeby w pierwszej kolejności zająć się panną młodszą. Panna starsza zostaje w związku z tym zamknięta w celi (tam cela zaraz, wnęka w ścianie z zamontowanymi drzwiami z żelaznej kraty), zaś żurnalistka młodsza zostaje elegancko rozkrzyżowana na znanym nam już z widzenia stole ofiarnym. Oczywiście pani krzyczy i wierzga, i oczywiście całkowicie bezskutecznie. Panowie kapłani boczni za pomocą noży otwierają pani żyły na nadgarstkach i nad stopami, krew sika, pani się drze jak opętana, kapłan główny odmawia w tym czasie ojczenasz i ogólnie modli się o zbawienie duszy zarzynanej pani. Zasadniczo wszystko jak w przyzwoitym horrorze. Pani halucynuje i widzi mordy demonów u swoich oprawców, którzy i bez jej halucynacji nie są bynajmniej najprzystojniejszymi chłopakami we wsi.

Cięcie

 

Scena trzynasta, w której fotograf wykonuje pracę fizyczną uwłaczającą jego godności, zaś polski rolnik przeżywa rozterki moralne:

Fotograf kopie se w lesie grób, pilnuje go dwóch rolników polskich. Mierzy do niego z pistoletu (ja tam się na broni nie znam, ale pistolet wygląda mi na taki, co pamięta jeszcze drugą wojnę światową) młody niebrzydki brunet przyodziany w białą ludową koszulinę ze stójką haftowaną na czerwono (umarłam). Drugi strażnik jest natomiast wystylizowany na kanadyjskiego drwala –tiszert, bluza z kapturem, dżinsy, bandana na szyi (umarłam po raz wtóry). Nagle chłop w haftowanej koszulinie mówi, że on tak nie może, że to przecież człowiek, no nie może nichuja i już. Po czym oddaje pistolet drwalowi i odchodzi. Drwal nakazuje skonsternowanemu fotografowi kopać dalej.

Cięcie.

 

Scena czternasta, w której będzie o alternatywnych metodach zbawiania duszy:

Znowu ziemianko-bunkier. Kapłan główny nakazuje przynieść maskę oraz głosić słowo pańskie. Modli się o oczyszczenie duszy pani dziennikarki młodszej (nadal rozkrzyżowanej na stole ofiarnym oraz krwawiącej obficie z ran na rękach i nogach) z dotyku szatana i takie tam inne. Panowie pomocnicy w tym czasie umieszczają metalową maskę tuż nad twarzą dziewczęcia, po czym kapłan w imię ojca i syna i ducha świętego JEBUDU! – przybija panience maskę do twarzy. Słychać chrzęst kości, kamera pokazuje drgawki przedśmiertne dziennikarki młodszej, dziennikarka starsza zanosi się szlochem. W trakcie tego zanoszenia się zapytuje „co zrobiliście?”, co jest pytaniem retorycznym, bo przecież, kurwa, była tam przez ostatni kwadrans i doskonale widziała, co. Po czym okazuje się, że pani dziennikarka starsza też halucynuje i widzi u kapłanów demonie mordy. Kapłan główny znowu się modli.

Cięcie.

 

Scena piętnasta, w której wracamy do fotografa, co nie przykładał się do kopania, za to przejawiał inne formy aktywności:

Otóż fotografowi idzie jak po grudzie, od poprzedniego ujęcia nic się z pracami ziemnymi nie posunął. Powiedzmy sobie szczerze – przy kopaniu rowów to on by kariery specjalnej nie zrobił, kopie powoli i byle jak (aczkolwiek biorąc pod uwagę fantazję scenarzysty naprawdę doceniam, że nie kazali mu widłami kopać). Pilnujący go drwal robi zaś wrażenie totalnego idioty – rozgląda się po lesie i ogólnie jest dość znacznie zdekoncentrowany, zamiast zastrzelić lenia i samemu dokończyć kopanie, bo przecież zastanie ich tam świt jak tak dalej pójdzie. Gdyby nasz fotograf nie był również półgłówkiem to po prostu wyczekawszy moment nieuwagi przypierdoliłby drwalowi łopatą. W każdym razie ja bym już dawno przypierdoliła, ale ja socjopatyczna jestem, może normalni ludzie tak nie robią. Mniejsza o to. Fotograf zrobił wykop może na pół metra głębokości i słania się ze zmęczenia opierając się na łopacie, drwal nakazuje mu kopać dalej. Na twarzy fotografa widać jakieś zachodzące intensywne procesy myślowe. Nagle JEB! wali łopatą drwala w rękę (tak kurwa, W RĘKĘ) wytrącając mu pistolet. Po czym, zamiast natychmiast poprawić i jebnąć drwala łopatą przez łeb, rzuca się szukać pistoletu, który poszybował gdzieś w krzaki. W tym momencie zaczynamy kibicować drwalowi, gdyż fotograf jest debilem najgorszego sortu i nie powinien przekazywać swoich genów kolejnemu pokoleniu. Niestety okazuje się, że drwal jest z tej samej dokładnie półki – zamiast wziąć łopatę, którą ma pod ręką, rzuca się na fotografa, wali go pięknym sierpowym w ryj, po czym (nosz ja pierdolę) leci szukać pistoletu w zaroślach. W tym czasie fotografowi przeleciał jakiś zbłąkany impuls po synapsach, dzięki czemu wykonuje pierwszą sensowną akcję – bierze łopatę i wali drwala w pysk ogłuszając go. Zadowolony z efektu rzuca łopatę, bierze pistolet i oddala się truchtem.

Cięcie.

 

Scena szesnasta, w której następuje zwrot akcji:

Bunkroziemianka. Główny kapłan odmawia „wieczny odpoczynek” nad zwłokami dziennikarki młodszej. On w ogóle wszystkie te swoje modły odprawia z niebywałą ekspresją, dziwny jakiś jest i nadmiernie pobudzony. Każe przynieść trumnę. W tym czasie do bunkroziemianki wchodzi nasz dzielny fotograf z bronią zdobytą na wrażym kanadyjskim drwalu. Zaczaja się za winklem i widzi, jak panowie niosą trumnę oraz jak wkładają do niej zewłok dziennikarki młodszej. Zauważa go kierowniczka wycieczki (znaczy się dziennikarka starsza a zarazem jego konkubina). Kapłan główny nakazuje przyprowadzenie dziennikarki starszej. Jeden z kapłanów wyprowadza ją z celi, a wtedy HADZIAAAAA, nasz dzielny fotograf rzuca się na niego, uwalnia z jego rąk dziennikarkę po czym oboje umykają. Kapłan główny nakazuje oprawcy świni, aby natychmiast ich zatrzymał. Niestety oprawca nie może polecenia spełnić, gdyż chytry fotograf z Ameryki zamyka od zewnątrz drzwi bunkroziemianki na drewnianą sztabę. Oprawca rycząc odbija się kilkakrotnie barkiem od drzwi. Przez szparę między deskami drzwi oprawca z fotografem mierzą się wzrokiem, po czym fotograf oddala się biegiem w nieustalonym kierunku. Oprawca toczy błędnym wzrokiem po współtowarzyszach.

Cięcie.

 

Scena siedemnasta i zarazem finałowa, w której krew leje się obficie, trup ściele się gęsto, a groza obezwładnia widza na amen:

Dziennikarka starsza wraz z fotografem mkną chyżo przez las. Nagle dziennikarka prosi, żeby się zatrzymali. Fotograf mówi, że muszą uciekać, na co pani puszcza pawia oraz ma omamy słuchowe. Pan fotograf konstatuje, że potrzebują samochodu. Postanawia, że pójdzie na farmę, zdobędzie środek transportu i wtedy pani dziennikarka nie będzie musiała biec. Tu przyznam znacznie się zgięłam, bo jedyne pojazdy, jakie było widać dotychczas, to były cokolwiek rozjebane wozy drabiniaste. I tak w ogóle, zakładając, że znaleźliby jakiś nierozjebany, to w co chcieli go zaprząc, skoro jedyne zwierzęta we wsi to najwyraźniej kilka smutnych owiec i jedna martwa świnia? Ale, jak wiadomo, w porządnym horrorze o nagłe zwroty akcji i zaskoczenie nietrudno, więc oglądam dalej. Otóż znajdują samotny dom. Architektura budynku wygląda całkiem współcześnie. Przy budynku stoi półciężarówka, która… no kurwa nie uwierzycie, ale jest pickupem z lat 50’ na moje oko. Idealnie utrzymanym. I niekoniecznie polskim. Pan obiega samochód, usiłując dostać się do środka. Pani ma omamy słuchowe coraz bardziej, coś tajemniczo do niej szepcze i szumi. Pan się orientuje, że będzie potrzebował kluczyków, więc wchodzą do domu. Kiedy docierają do kuchni, oczom widza ukazuje się taki oto widok:


kuchnia

 

Nie wiem, jak Wy, ale ja na widok lodówki, stojaka na noże, mebli, stroju pani domu oraz wałka leżącego chujwipoco na stole, zamarłam z rozdziawioną paszczą. No tradycyjna polska wiejska kuchnia jak w ryj szczelił. Fotograf grożąc gospodyni pistoletem żąda kluczyków od samochodu, niestety żąda po angielsku, więc pani nic nie rozumie i woła przerażona męża. Przybiega syn pani, na oko 10 lat. Syn zna komunikatywny angielski, ale gospodyni każe mu się nie wtrącać. Przychodzi też gospodarz. Gospodyni rozpoznaje w fotografie i dziennikarce przeklętych. Pan fotograf każe całej rodzinie przejść z kuchni do pokoju.

W międzyczasie oprawca świni wyważa wreszcie drzwi ziemianki.

Fotograf przywiązuje małżeństwo gospodarzy domu do krzeseł. Nagle sprzęty i meble zaczynają dzwonić pod wpływem tajemniczych wibracji. Pani dziennikarka halucynuje – widzi u syna gospodarzy demonią mordę. Gospodarz mówi fotografowi, że nie mogą przebywać z panią dziennikarką, bo jakiś „ON” tu przyjdzie. Syn gospodarzy tłumaczy na angielski, że proszę won i sio. Fotograf żąda znowu kluczy do samochodu grożąc, że zastrzeli gospodynię. Pani dziennikarka halucynuje po całości i teraz już widzi demonie mordy u wszystkich. Ucieka z pokoju. Pan gospodarz mówi synowi, że klucze od auta są w kuchni w szufladzie obok zlewu (no kuuurwa, proszę mi tu nie robić takich oczu, przesz to najpowszechniejsze w Polsce miejsce przechowywania kluczyków do samochodu) i chłopiec prowadzi pana fotografa do kuchni, żeby se te klucze wziął i poszedł wreszcie w pizdu. Pani dziennikarka w pokoju obok nadal halucynuje obficie, sprzęty drżą, pod sufitem huśta się naga żarówka, która znienacka pęka. Sprzęty drżą coraz bardziej, a pod drzwiami widać tajemnicze białe światło, znane Wam na pewno ze scen porwań przez kosmitów w Archiwum X. Państwo gospodarze wyraźnie się niepokoją, ich syn wręcza fotografowi kluczyki od auta. Ten w rewanżu związuje chłopca i przywiązuje go do rączki od szuflady (też nie kumam jaki to ma sens, skoro szufladę można wyciągnąć i oddalić się wraz z nią z miejsca kaźni), chłopiec mu klaruje po angielsku, że konkubina jego jest złą kobietą, gdyż widziała diabła w lesie. W pomieszczeniu, gdzie przebywa wzmiankowana zła kobieta, coraz bardziej błyska się spod drzwi. Pani znowu ma omamy słuchowe. W końcu zauważa lustro, patrzy w nie, a tam OJEZU! ona sama, ale tyłem, się odwraca powoli i widać tam jakby jej własną mordę, ale straszniejszą jakąś, odbicie zaczyna krzyczeć i lustro pęka, a pani dziennikarka (ta prawdziwa, nie w lustrze) pada na podłogę. Groza straszliwa i przerażenie. Pani idzie na czworakach, słychać dziwne chrzęsty i mlaski, po czym pani unosi jakąś taką okropną mordę i wydaje z siebie straszliwy wrzask. Słyszą to poszukujący ich uczestnicy imprezy w ziemiankobunkrze, oprawca świni wydaje z siebie okrzyk „farma Aleksego” i panowie ruszają biegiem. Dziennikarka przestaje wrzeszczeć i normalnym już głosem woła fotografa. Fotograf idzie do pomieszczenia, skąd dobiega głos, wchodzi, a tam sru! zamykają się z trzaskiem drzwi do kolejnego pomieszczenia i słychać coś jakby śmiech. Zza drzwi (tych co się zamknęły z trzaskiem) słychać płacz dziennikarki, oraz męski krzyk, przechodzący w nieludzki wrzask, w tle zaś odgłos tłuczonego szkła. Zapewne w tym momencie widz powinien być półprzytomny ze strachu i zdjęty grozą siedzieć pod stołem nakrywszy się kocem, niestety, jak już wspominałam, ja jestem popierdolona więc mję groza nie zdjęła. Ale przesz nie o mnie miało być, tylko o horrorze. No więc pan fotograf słyszy zza drzwi tupot. Z kuchni zaś dobiega wrzask syna gospodarzy, więc fotograf idzie sprawdzić, o co chodzi. Niestety widzi tylko, jak coś wciąga chłopca za nogi do pokoju obok. Drzwi do kuchni zamykają się fotografowi same z siebie przed nosem, słychać zza nich jakiś chrzęst, bulgot, mlaskanie i cholera wie co jeszcze. Po czym wszystko cichnie. Pan fotograf bezskutecznie usiłuje otworzyć drzwi do kuchni, w tym momencie ze skrzypieniem otwierają się za jego plecami drzwi drugiego pomieszczenia. Pan fotograf wchodzi przez nie do pokoju obok i widzi chłopca leżącego w kałuży krwi. Tak prawdę mówiąc to kałuża nie jest najlepszym określeniem, bo krew jest po prostu na całej podłodze, a chłopiec ma wywleczone wnętrzności. Pan fotograf cofa się z obrzydzeniem i potyka się o nogę leżącej tuż za nim pani gospodyni, też ubabranej we krwi i najwyraźniej martwej. Kawałek dalej spostrzega pana gospodarza, znajdującego się w stanie nie odbiegającym od reszty członków rodziny. Drzwi zamykają się z trzaskiem a panu na buta wpełza wąż. Pan się odsuwa, ogólnie zewsząd słychać szepty, szmery i chichoty. Nagle, zupełnie znikąd, rzuca się panu na szyję konkubina, która ma białą komżę malowniczo ujebaną we krwi. Powala pana na podłogę i zaczyna dusić. Twarz ma jak dziewczynka z „Egzorcysty”. Z zębami też jej zrobili coś dziwnego, jakby jej aparat założyli czy co. Pani mówi, że zasmakowała mięsa upadłego anioła, po czym wnioskujemy, że odjebało jej już całkowicie. Dusi fotografa dalej i wysykuje coś w niezrozumiałym narzeczu. Następnie męskim głosem komunikuje, że nie ma ucieczki i oblizuje pana po uchu pomrukując przy tym. Pan się wije. Nagle pani podrywa głowę, a tu drzwi zostają wyważone i wpada jakiś koleś dzierżący w każdej dłoni po krucyfiksie. Spostrzegamy, że to nasz kapłan, tylko tym razem bez żadnego debilnego nakrycia głowy. Kapłan krzyczy, że „precz szatanie”. Pani dziennikarka porzuca więc konkubenta i cofa się pod ścianę sycząc na kapłana i jego kolegów. Kapłan dalej, że duchu nieczysty wracaj do piekła i takie tam, na co duch nieczysty wcielony w dziennikarkę chichocze szatańsko (bo i niby jak jeszcze mógłby chichotać w tej sytuacji) i odpowiada „wynoś się kapłanie” (nawet prawie całkiem poprawną polsczyzną to wysyczał, niestety potem już nie szło mu tak dobrze) i dodaje „nareszcie nadeszła moja kolej” i na koniec dodaje sugestywnie „hhhhhhhhhhhhhhh” oraz bulgoce groźnie i szczerzy zęby. Jeden z wieśniaków atakuje demona, ale dostaje paznokciami przez pysk, po czym demon rozrywa mu szyję ku ogólnej konsternacji. Oprawca świni wyciąga wtedy sztylet i rusza na potworę, nawet udaje mu się ją dźgnąć, ale zostaje rzucony w kąt pokoju. Tamten pan z rozdartą szyją wije się na podłodze charcząc i bryzgając krwią. W sensie własną. Na demoniszcze rzuca się kolejny pan, któremu zostaje wprawnie założony nelson i demon wysykuje coś rzekomo po polsku, z czego zrozumieć daje się tylko „teraz czas na śmierć”. Kapłan nakazuje demonowi zostawić tego duszonego pana i macha krucyfiksem powołując się na Jezusa Chrystusa, na co demon dźga swoją ofiarę jej własnym sztyletem, z wyraźną przyjemnością oblizuje zakrwawioną dłoń i znowu mówi coś rzekomo po polsku. Następnie skręca ofierze kark. Wtedy kapłan znowu zaczyna się modlić i machać krucyfiksami, demon mu te krucyfiksy podpala wzrokiem, kapłan chlapie go wodą święconą, demon drze mordę i chyba trochę dymi, kapłan woła, żeby mu podać maskę, ale jego przyboczny, który tę maskę dzierży, gapi się jak sroka w gnat i stoi nieruchomo, kapłan odwraca się w jego stronę, a w tym momencie nasz chytry szatański pomiot myk-myk i przebija kapłana czymś tam co mu akurat wpadło w jego szatańską rękę. Ten od maski gapi się dalej, kapłan zapluwa się krwią, demon znowu coś mówi w nieznanym narzeczu, po czym ciska kapłana w kąt pokoju, w którym leży nieco oszołomiony oprawca świni. Oprawca woła do kapłana „ojcze! ojcze!”, kapłan nakazuje mu dokończyć dzieła, wręcza buteleczkę z wodą święconą (która musiała być magiczna, bo miała może jakieś 10ml pojemności, a oni z niej lali tę wodę i lali) i kona. Demon rusza w stronę fotografa, a tymczasem od dupy strony zachodzi go oprawca świni, który polewa go wodą święconą i odmawia po polsku ojczenasz, co jest, ożeżjapierdole, sceną naprawdę wartą obejrzenia. Demon rusza do ataku, oprawca świni przebija go mieczem i żąda maski, która tym razem zostaje podana natychmiast i bez wahania. Panowie przybijają dłonie upiora sztyletami do podłogi, upiór ciska się strasznie, pan fotograf przytrzymuje mu głowę, po czym oprawca świni przybija młotem metalową maskę, uff. Demon jeszcze chwilę rzuca się w agonii i sika krwią spod maski, w końcu nieruchomieje. Jeden z towarzyszy oprawcy świni pyta, co ma zrobić z fotografem. Po głębszym namyśle oprawca zaleca zostawić go w spokoju. Widok z góry na pokrwawiony zewłok opętanej dziennikarki w komży i żelaznej masce.

Cięcie.

 

Epilog:

Dzień, środek wioski, oprawca świni odprowadza fotografa do kolejnego wiekowego samochodu nieustalonej marki i mówi, że kierowca zawiezie go gdzie tam będzie chciał. Fotograf pyta, co jest w lesie. Oprawca z zadumą spogląda na stojący nad drzewami tajemniczy dym i odpowiada, że to klątwa rzucona wiele lat temu i nieodwracalna.

Kamera robi najazd na statuję diabła we mgle.

Napisy końcowe.

Jezusie, nareszcie.

05:26, nimfabo
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5