I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
wtorek, 28 grudnia 2010

Ponieważ się sużba zdrowia awanturuje, to prosz bardzo, będzie wpisik. O dupie p. Maryny, ale będzie.

Otóż tytułem wyjaśnienia na wstępie mego listu przypominam, że świąt w tym roku właściwie nie było, bo przypadały w łikęd, a tego wolnego wigilijnego piątku to ja nawet nie liczę, bo po a i tak miałabym urlop, a po be miałam zapierdol taki w kuchni, że no sory, też mi kurwa wolne.

Urlop przedświąteczny spędziłam połowicznie we fabryce, a połowicznie przyspawana do zlewu/ piekarnika/ podłogi/ piekarnika/ wanny/ znowu piekarnika/ lampek choin…/znowu piekarnika bo jeszcze mi się kurwa ciasteczka przypalą/ …kowych w ilości cztery komplety bo se choinkę jebłam czymetrową w tym roku/ ogólnie do mopa tudzież szmaty/ znowu piekarnika bo jednak się o maoco francowate ciasteczka nie przypaliły. I na pisanie blogaska jakoś tak już ani czasu ani energii nie stało.

Wigilijny wieczór i część soboty spędziłam w domu rodzinnym, ale po upływie niecałej doby poczułam napływ nienawiści do całego społeczęstwa, więc uprzejmie poprosiłam o odwiezienie mnie do mojego odrębnego gospodarstwa domowego. Co też rodzicielka bezzwłocznie uczyniła. W którym to odrębnym gospodarstwie poświęciłam się zabiegom relaksacyjnym, natępszykłat zapodałam se Tajtanika (nirfarłerewajuar), bo tam Leonardo był piękny, młody, a ponadto miał szlachetnie błękitną cerę podczas romątycznej sceny w morzu, gdzie szczękał zębami do malowniczo rozcapierzonej na drzwiach Kejt Łinslet. Aczykolwiek tak naprawdę chciałam se popaczeć, jak na koniec większość tonie, potem pani wrzuca zakurwiście drogocenny brajlant do morza, a potem sama umiera. Całkiem finałowej sceny ze schodami i z Leonardem już nie oglądałam, bo zdecydowanie trąciła hepiędem, a na hepięda to ja nie miałam ni chuja nastroju.

No.

A tera to od wczoraj jest tydzień roboczy i ja nadal nie mam czasu na blogaskowanie, bo strasznie zajęta jestem. Co prawda pracy tej takiej co mi za nią płacą to za dużo nie mam, ale to wcale nie znaczy, że nie mam co robić. Oraz od pasjansa ręka mje już boli. Ponadto czasami mi tu włażą różne indywidua, więc ćwiczę refleks przełączając między okienkiem od pasjansa a okienkiem z tabelką w Excelu, że niby zestawienia napierdalam karnie.

I wogle przez to, że jest intensywny zajob urlopowy w okresie międzyświątecznym, to muszę do huty napierdalać tramwajem, bo uczynny kolega, co mje zawsze podwozi, też się urlopuje. I powiem szczerze, że lekko nie jest. Po pierwsze ja rozumiem, że kryzys, że nie ma pienionszków na nowe tramwaje, a te full-wypas nówki sztuki, co zostały zakupione, to za pół roku dopiero wyjadą w miasto, bo trzeba motorniczych przeszkolić (swoją drogą to ciekawam, cóż to za szkolenie będzie się im robić przez te pół roku – przesz mają kierować tramwajami a nie kurwa promem kosmicznym). Ja naprawdę wszystko rozumiem, gdyż z natury ogólnie niebywale wyrozumiała i cierpliwa jestem, na co mogę przedstawić rozlicznych świadków. Ale tym wagonikom, co wożą okoliczną ludność, warto by było chociaż uszczeleczki w drzwiach powymieniać, gdyż dziury na dwa palce przy trzaskającym upale panującym na zewnątrz to jednak powodują pewne obniżenie temperatury powietrza wew tramwaju i to jakby wywołuje u pasażerów tego ekskluzywnego środka transportu pewien dyskomfort.

Poza tym uwielbiam wyjątkowo podstępne formy życia zalegające na chodnikach, zwane błotem pośniegowym. I niech nikt mi nie mówi, że nie są to żadne formy życia – się proszę przespacerować po takim błocie pośniegowym rozprzestrzenionym na granitowych płytach bądź bruku – kto się na stu metrach ani razu nie wyjebie, ten niezawodnie szachrował i powinien dostać w ryj. Oraz, wracając do pośniegowego błota i jego ożywioności, coś tak zabójczego nie może być martwe. Po prostu dobrze się maskuje. Być może jest to jakiś daleki krewny patyczaków.

Idę se herbatki zrobić i zajarać, bo czuję, że mi niebezpiecznie ciśnienie zaczyna rosnąć.

Się jeszcze odezwę.

14:33, nimfabo
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3