I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
poniedziałek, 22 marca 2010

...czyli o tym, że włączyła mi się opcja zen-on.

Gdyż albowię wiosna przyszła.

I kalendarzowo przyszła i meteorologicznie.

A jako, że słońce wylazło a mnie jeszcze gil nie dopadł, w nastroju jestem szampańskim. Myśl mam czystą a serce przepełnione wyba… no dobra, z tym sercem przesadziłam lekko. Ale wkurw ogólny zelżał bardzo, słowotok i biegunka intelektualna również osłabły, ba, do tego stopnia ogarnął mnie kosmiczny spokój, że nie mam ochoty nawet pójść zajebać sąsiadowi uprawiającemu neverendingremąt.

W związku z czym dziś uskutecznię sobie rzyg zaległy, dotyczący utrudnień w uprawianiu zorganizowanych ćwiczeń redukujących zimowe sadło.

Otóż.

Miałam się zapisać na taniec, ale wszystkie szkoły tańca są zajebiście daleko i stwierdziłam, że niekoniecznie będzie mi się chciało zapierdalać pieszo taki kawał. Do przystanku komunikacji miejskiej też mam kawał, więc dobre rady zawierające słowa takie jak „tramwaj” albo „autobus” proszę se darować. Ja może robię wrażenie idiotki, ba, nie wykluczam nawet, że idiotką poniekąd jestem, ale zdaję sobie sprawę z istnienia środków masowego transportu i umiem z nich korzystać.

Miałam chodzić na rolki, ale wkurwiło mnie, że mam daleko do jakiegokolwiek miejsca nadającego się do jeżdżenia, a na pobliskich ścieżkach rowerowych roi się od spacerowego bydła, poruszającego się tyralierami z prędkością kilometra na godzinę i uzbrojonego w wózki dziecięce, wyprzedzane zaś bydło jest zazwyczaj o trzy metry przez jednostki zmotoryzowane w postaci trzyletnich upiorów na malusich plasticzanych rowerkach, jeżdżących zakosami i rozwijających zawrotną prędkość półtora kilometra na godzinę. Bo to przecież z myślą o nich te ścieżki są robione. I nie, bydło nie może zejść na chodnik. Dlaczego? BO NIE.

Miałam chodzić na basen, ale też mam daleko. Kurwa, naszła mnie właśnie refleksja taka, że ja właściwie WSZĘDZIE mam daleko.

A nie, wróć, pod samym nosem mam podstawówkę z gimnazjumem i tam jest siłownia dostępna ogółowi społeczeństwa. I ostatnio jak mi dym uszami szedł to postanowiłam przyozdobić się w dresik i se tam pójść poćwiczyć do upadłego.

Niestety, już na boisku siły ciemności usiłowały mnie zawrócić z obranej drogi, mianowicie zostałam staranowana przez stado rozwrzeszczanych bachorów. Ale dobra, myślę sobie, nic to, zen kurwa, jestem kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora, jestem częścią wszechświata, tylko niech oni już spierdalają, bo eksplozja, która za chwilę mną targnie, zniszczy wszechświat ten i wszystkie równoległe.

Pod drzwiami szkoły stała młodzież późnogimnazjalna, a w zasadzie jej kwiat, w postaci zapryszczonych, wyszczekanych, a przy tym głupich jak but młodzieńców. Noskiem wylewał im się testosteron, co poznałam po tym głównie, że zapytani o siłownię gapili mi się w cycki, chichotali i nie byli w stanie odpowiedzieć sensownie na jakiekolwiek zadane pytanie. No tak, ale co ja się dziwię, skoro jak skończona kretynka przyozdobiłam się w bluzkę obcisłą z dekoltem takim, że proszę siadać. Bo wszystkie luźne tiszerty akurat w praniu były. I na tę bluzkę zarzuciłam se bluzę dresikową rozchełstaną, bo mi z ogólnego wkurwu gorąco było to i zapinać się nie miałam potrzeby. Więc doprawdy nie wiem, skąd przyszło mi do głowy, że mając pół cyca na wierzchu a drugie pół wyeksponowane za pomocą obcisłej bluzki, zmuszę piętnastolatków płci męskiej do sensownej rozmowy.

Dobra myślę, kij z nimi, sama znajdę. Albo ciecia zapytam, w szkole jest na pewno cieć. Cieć owszem był, poinformował, że weszłam se trochę od dupy strony i wskazał właściwy kierunek. Poszłam, trafiłam, ucieszyłam się zajebiście. Siłownia okazała się salką z pięcioma przyrządami na krzyż i wyłącznie męską klientelą. Namierzyłam pana przyozdobionego w strój sportowy bardzo markowy oraz przechadzającego się leniwym krokiem jaguara między sprzętami do ćwiczeń, więc bez problemu zidentyfikowałam go jako kierownika tego interesu.

I tera tak. Ponieważ ostatnio byłam ciężka w pożyciu (a byłam ciężka naprawdę, sama sobie miałam ochotę spakować walizki i wystawić za próg, bo przecież z kimś takim nie da się mieszkać), bardzo starałam się wyglądać przyjaźnie i nie mówić tonem „witaj parobku, jestem Królowa Śniegu, klęknij gdy do ciebie mówię”. Na twarz przywołałam uprzejmy uśmiech i głosem ociekającym słodyczą (i nie, nie była to ta słodycz, z którą zadaję pytania z serii „czy ciebie popierdoliło”) spytałam pana, czy se można tu poćwiczyć, ile to kosztuje i co mi może polecić.

No więc reakcja pana jasno pokazała, że może jednak nie powinnam być dla mężczyzn miła, gdyż jestem stanowczo zbyt wiarygodna. Pan bowiem obciął mnie bardzo niedyskretnie, ewidentnie obcinka wypadła na moją korzyść (wkurwiona ostatnio mniej jadłam i sporo się ruszałam, więc mam uwypuklony cyc i płaski brzuch, zaś spodnie dresikowe maskowały doskonale pewne niedociągnięcia w rejonie ud), uśmiechnął się uwodzicielsko (w każdym razie to zapewne MIAŁ być uwodzicielski uśmiech) i mówiąc „to może ja panią oprowadzę” objął mnie w pół.

OOOOOOOOOOO żeszjapierdolę. Ja mam bardzo problem z naruszaniem mojej przestrzeni osobistej. I w przypadku osób kompletnie mi nieznanych pożądany dystans wynosi nie zwyczajowe pół metra, ale co najmniej metr. Ale dobra, zen kurwa, jestem kwiatem lotosu, panu wywinęłam się zręcznie i przezornie szłam pół kroku za nim, żeby być poza zasięgiem jego chwytnych kończyn.

Niestety, metoda okazała się nieskuteczna, gdyż kiedy stanęliśmy przy jebanym stacjonarnym rowerku, pan łaskaw był znowu manewrować łapami, tym razem w okolicy moich bioder. Wyszemrałam więc srebrzyście niczym górski strumyk, że może trzymałby ręce przy sobie. Na co pan, że przy tak pięknej kobiecie to mężczyźnie trudno się powstrzymać. W tym momencie udało mu się złamać zaklęcie maskujące czyniące mnie uprzejmą młodą damą – na głowie wyrosły mi węże, wysyczałam „ssspierdalaj” (mamusia zawsze mnie uczyła, że komplementy należy przyjmować z należytą gracją), odwinęłam się na pięcie i tanecznym krokiem oddaliłam w stronę wyjścia.

Poczem poszłam do domu ćwiczyć na przyrządach dostępnych, czyli na szmacie oraz garach.

Tyle w temacie aktywności fizycznych.

A jako, że wiosna to czas miłości, na deser zapodaję przecudną miłosną pieśń z filmu „Rezerwat”. Film już sam w sobie jest zajebisty, ale lafsong zachwycił mnie wprost ekstatycznie, wycisnął mi z oczu łzy wzruszenia oraz na pewno stanowić będzie obowiązkowy punkt programów artystycznych wykonywanych podczas towarzyskich spotkań:

 


13:29, nimfabo
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9