I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
niedziela, 31 marca 2013

Dobry obyczaj nakazuje ostrzec, jeżeli mają być spojlery. No więc uwaga uwaga – BĘDĄ SPOJLERY. Właściwie jeden wielki długaśny spojler będzie.

Oraz po przeczytaniu tego wpisu oglądanie Tłajlajta już nigdy nie będzie takie samo.

Ale do rzeczy.

Otóż najpierw widać ciemność.

Damski głos mówi „nigdy nie zastanawiałam się, jak umrę”.

Pojawia się las i sarenka. W widzu pojawia się podejrzenie, że film będzie o zwierzętach mówiących ludzkim głosem. Zbliżenie na sarenkę pijącą wodę z kałuży. Damski głos w tle mówi, że umrzeć za kogoś, kogo się kocha, wydaje się dobrą śmiercią. Jeszcze bardziejsze zbliżenie na sarenkę. Widok z dołu na korony drzew. Nagle pan kamerzysta wraz z kamerą zaczyna gnać cwałem w stronę sarenki. Sarenka zdumiona sytuacją na moment zamiera, po czym rączo gna w las. Kamerzysta równie rączo gna za nią. W kadrze migają nam czasem ewidentnie ludzkie nogi przyodziane w spodnie dzimsowe. Nogi również ścigają sarenkę. Na koniec jakiś pan łapie rączą sarenkę w pół. Cięcie.

Dalsze szczegółowe wprowadzanie widza sobie darujemy, bo to nic nie wnosi, za to męczy bardzo. W każdym razie MNIE męczy, więc nakreślę ogólnie tylko. Otóż jest Ona, Ona wabi się Bella i z powodu różnych zawirowań rodzinnych zamieszkuje z Ojcem Szeryfem (nie, to nie jest odmiana Ojca Derektora). Bella jest podobno piękna niewypowiedzianie (nie wiem, nie znam się, ale jak dla mnie żaden tam szał chuja), jest przy tym niebywale powściągliwa mimicznie oraz ma zwarcie na panelu sterowania odpowiedzialnym za domykanie ust. Przez co jej się te usta nie domykają po prostu zazwyczaj.

I przeprowadza się Bella ze słonecznej Arizony do miejscowości Forks w stanie Waszyngton, która jest deszczowa bardzo i otoczona lasami oraz ma coś około trzech tysięcy mieszkańców (znaczy się zadupie). Tato przywozi Bellę radiowozem do domu, w którym jest jedna łazienka oraz fioletowa pościel. W międzyczasie są oczywiście dialogi, ale drewniane bardzo i nic nie wnoszą, więc sobie darujemy.

Zaraz po Ojcu Szeryfie zajeżdża pod dom furgonetka zawierająca dwóch Indian, z czego jeden jest stary i jeździ na wózku, a drugi jest młody i podobno niebywale przystojny. Na moje oko to on zbudowany jest nieźle, ale ryj ma mocno niewyjściowy, aczkolwiek ja mam zasadniczo specyficzny gust, więc nie musicie na mojej opinii polegać. W każdym razie przyjeżdżają dwaj Indianie, Ojciec Szeryf i Bella idą się przywitać, następuje kolejny drewniany nicniewnoszący dialog, po czym Indianin na wózku wraz z Ojcem Szeryfem nieco się oddalają, symulując bójkę, zaś Indianin młodszy zagaja Bellę. Się dowiadujemy z rozmowy, że Indianin ma na imię Dżejkob, że kiedyś robił z Bellą babki z piasku i że ona to pamięta, oraz że Ojciec Szeryf wraz z Indianinem Starszym mają najebane, robią z siebie idiotów i że z wiekiem im się pogarsza (mówiłam, że dialogi są drewniane i nic nie wnoszą).

Ogólnie przyznać się muszę, że w tym momencie zaczęłam napierdalać głową w ścianę oraz żałować bardzo, że tego Tłajlajta obiecałam, bo jest to zło w czystej postaci i czułam, jak mój mózg ulega atrofii, ale trudno, słowo się rzekło.

Wracając do jakże wciągającej fabuły: dowiadujemy się, że furgonetka, którą przyjechali Indianie, jest prezentem od Ojca Szeryfa dla Belli oraz że Dżejkob podrasował jej silnik. Bella jest tak wzruszona, że wykrzykuje z uczuciem „ołmajgaaasz” i natychmiast wsiada do pojazdu, przyjebawszy przy tym Dżejkobowi drzwiami (no, nareszcie coś zaczyna się dziać). Dżejkob pokazuje Belli, jak odpalić auto, a Bella pyta, czy Dżejkob chce z nią jeździć do szkoły. Tu dowiadujemy się, że Dżejkob, jak na rasowego Indianina przystało, chodzi do szkoły w rezerwacie.

Po czym następuje zawiązanie akcji właściwej, znaczy się Bella idzie do nowej szkoły, w której zapozna swojego wampirycznego eterycznego bojfrenda. I kurwa całe szczęście, bo już traciłam cierpliwość. No więc Bella idzie do szkoły. Trochę ma słabe wejście, bo po pierwsze jest marzec i środek semestru a ona w szkole nikogo nie zna, po drugie zaś, co gorsza, ma najbardziej chujowe auto na parkingu i wszyscy drą z niej łacha.

Teraz se pozwolę znacznie skrócić i przyspieszyć akcję, bo inaczej porzygalibyście się z nudów. No więc Bella zawiera nowe znajomości, robi spore wrażenie na męskiej części szkolnej populacji, na wuefie zaś okazuje się, że Bella jest tchórzliwą pizdą z fatalną koordynacją ruchów, przez co trafia kolegę piłką w głowę i zawiera jeszcze więcej nowych znajomości. A potem idzie do szkolnego bufetu, gdzie siada ze swoimi nowymi znajomymi, jest bardzo miło, śmichy i ploteczki (jak to w bufecie), aż wreszcie w bufecie pojawiają się ONI. Znaczy Cullenowie. Znaczy tak jakby rodzeństwo przybrane boskiego Edłorda. Oraz, co jeszcze ważniejsze, pojawia się też sam Edłord. Cullenów jest pięcioro, z czego czwórka podobierana w heteroseksualne pary: (Rozali i Emet, Alis i Dżasper) oraz sam Edłord luzem. Edłord ma tragiczny zgryz, fatalną fryzurę oraz nie interesuje się dupami ze szkoły, czym wzbudza oczywiście zachwyt i pożądanie u wszystkich bab (brakiem zainteresowania, nie zgryzem). Kiedy Edłord pojawia się w bufecie, nowe koleżanki udzielają Belli informacji na jego temat, zaś Bella rzuca na Edłorda dyskretne spojrzenie przez ramię rozchyliwszy z wrażenia usta. Edłord rzuca jej w odpowiedzi mroczne spojrzenie spod brwi jak skrzydło kruka.

Ach ach, cóż za napięcie. Aż mi klawiaturra wibruje. Ach ach.

A potem Bella ma zajęcia z biologii. I jak na tę biologię wchodzi, to staje przed wentylatorem. Wentylator zaś rozwiewa jej włos oraz niesie woń tegoż włosa oraz reszty bellinego ciała w stronę – no nie zgadniecie – Edłorda, któren jest dziwnym trafem jedyną osobą siedzącą samotnie w ławce, więc Bella, chcąc nie chcąc, będzie musiała siąść obok niego. A z góry wiemy, że lekko nie będzie, gdyż Edłord niezbyt subtelnie zakrywa dłonią nos, zrobiwszy minę kota srającego na wietrze. Bella z boleściwym wyrazem fizjonomii zasiada i znacznie skonfundowana wącha sobie paszkę, jednakże nie wywąchawszy nic obrzydliwego spogląda z wyrzutem na Edłorda, a Edłord w odpowiedzi rzuca jej chmurne spojrzenie spod brwi jak skrzydło kruka, a mina jego sugeruje, iż właśnie dopadła go okrutna biegunka, i minę tę Edłord zachowuje przez cały czas trwania lekcji. Podejrzenie dotyczące biegunki potwierdza fakt, że tuż przed dzwonkiem Edłord zrywa się i opuszcza salę krokiem zamaszystem.

Następnie Edłord usiłuje zmienić klasę na jakąś nie zawierającą Belli, niestety po pierwsze primo okazuje się, że w żadnej innej nie ma miejsc, po drugie primo zaś nakrywa go na tym Bella, której robi się smutno i przykro oraz znowu jej się usta nie domykają.

Potem przez czas jakiś nudy i drewniane dialogi, które nie interesują nas, gdyż skupiamy się na wątku miłosnym, więc je po prostu pominiemy, aż do momentu gdy Bella postanawia zapytać Edłorda o chuj mu chodzi. Niestety Edłord przestaje pojawiać się w szkole. Mijają dni, Edłorda nie ma, a w miasteczku coś zagryza ludzi.

Aż wreszcie pewnego mżystego dnia, Bella wychodzi z domu, po czym pięknie zamarkowanym szlifem wywala się na plecy. Znaczy się JEST ŚLIZGO. Se proszę utrwalić tę okoliczność przyrody, gdyż ma ona kolosalne znaczenie dla akcji, o czym się przekonacie już za chwilę. Więc Bella upada, Ojciec Szeryf ją podnosi i komunikuje, iż z okazji ślizgości założył jej nowe opony oraz że wróci późno bo coś zagryzło jednego pana. Potem Bella jedzie do szkoły, idzie na biologię i – TADAAAAM – w sali widzi Edłorda. Edłord tym razem się nie krzywi oraz nawet zagaja Bellę mówiąc „heloł”. Państwo się zapoznają, oglądają razem cebulę pod mikroskopem, Bella patrzy Edłordowi w oczy i rozchyla ust korale, Edłord spogląda w oczy Belli, jest romantycznie i wogle. Co więcej, po lekcji Edłord i Bella nadal zadzierzgają znajomość rozmawiając na korytarzu, i wtedy to Bella odkrywa, że Edłord, któren miał oczy czarne zanim zniknął na kilka dni, teraz ma oczy piwne. Zapytuje Edłorda że jak to, a Edłord jej na to, że wszystko przez jarzeniówki, a potem oddala się krokiem Quasimodo. Generalnie sorry, ale jakoś tak zawsze mi się zdawało, że wampiry są pełne gracji i poruszają się w seksowny koci sposób, a tu taki zawód i serce mi krwawi.

Potem Bella stoi przy swoim niezbyt lanserskim samochodzie i popatruje na Edłorda stojącego w przeciwległym końcu parkingu przy wypasionym volvo. Aż tu nagle wpada na parking furgonetka i trąbiąc zmierza ślizgiem w stronę Belli i widzowi włos się na wątrobie jeży, gdyż widać wyraźnie, że za chwilę Bella wprasowana zostanie w karoserię swojego pojazdu o dyskusyjnej urodzie. Bella najwyraźniej też zdaje sobie z tego sprawę, gdyż stoi zdumiona i (a jakże) rozchyla ust korale. Aż tu nagle – CIACH! – znikąd pojawia się Edłord, któren (OCH!!!) władczym ruchem jedną ręką łapie Bellę w pół, a jeszcze władczejszym ruchem drugiej ręki (ACH!!!) powstrzymuje śmiercionośną furgonetkę. Po czym Bella spogląda w oczy Edłorda, a Edłord spogląda w oczy Belli. Następnie Edłord przeskakuje przez maskę samochodu Belli i oddala się w nieustalonym kierunku, zaś Bellę oblega gawiedź.

To było tylko pierwsze dwadzieścia minut filmu, i to ze skrótami, ale czuję, jak na mózgu robią mi się krwawe podbiegnięcia, więc na dziś wystarczy.

Ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

03:41, nimfabo
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9