I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
niedziela, 08 maja 2011

Dziś będzie głównie o wtórnym rynku nieruchomości, gdyż z przyczyn, których nie chce mi się tu opisywać, jestem obecnie na etapie poszukiwania mieszkania w przystępnej cenie, nadającego się do nabycia drogą kupna. I, co ważniejsze, nadającego się do zamieszkania. W sęsie, że do zamieszkania przeze mnie, a tu sprawa się nieco komplikuje.

Mieszkań oczywiście jest całe mnóstwo, niektóre w cenach zachwycająco niskich, niestety te niskie ceny wynikają z tego, że mieszkania są:

- na zadupiu tudzież w samym sercu dzielnicy cudów

- bez łazienki

- ogrzewane piecem kaflowym

- wymagają gruntownego remontu

- z widokiem na podwórko-studnię o wymiarach 5x5m

- wszystkie powyższe.

Z góry odrzucam mieszkania posiadające którąkolwiek z powyższych wad, bo nie wyobrażam sobie, żebym miała zajmować lokal mieszkalny z kiblem na półpiętrze i z wanną w kuchni, z widokiem na podwórko i pokryte liszajami budynki znajdujące się jakieś 5 metrów od okna, na którym to podwórku kwitnie życie towarzyskie (kwitnie niebywale bujnie, podlewane obficie jabolem), w którym to życiu towarzyskim uczestniczyłabym niezależnie od swojej woli, tak samo jak reszta kamienicy zresztą. Nie wyobrażam sobie też, żebym miała wynajmować przez pół roku obecne mieszkanie i jednocześnie finansować raty kredytu, czynsz oraz gruntowny remont nabytego lokalu docelowego – o atrakcjach związanych z uzyskaniem stosownych zezwoleń związanych z przebudową mieszkania w celu uzyskania łazienki czy ogrzewania niewęglowego nawet nie chcę mówić.

Ale są też mieszkania, które żadnej z powyższych wad nie posiadają, na zdjęciach wyglądają zachęcająco, po czym przychodzi do oględzin na miejscu zbrodni i zaczyna się kabaret. W piątek natęprzykłat znalazłyśmy z moją Panią Agentką ofertę chaty w kamienicy w świetnie skomunikowanym miejscu, z widokiem na szeroką, słoneczną i zadrzewioną aleję, cena rozsądna, zdjęcia samego mieszkania miodzio, więc umawiamy się i jedziemy.

Na miejscu, po zobaczeniu paniwłaścicielki i jej agenta, zaczęłam mieć złe przeczucia – on młodzieniec 140cm wzrostu, jak wszystkie konusy w dodatku nadmiernie głośny i gestykulujący. Ona niewiele wyższa księżna udzielna po pięćdziesiątce, zjarana na mahoń, z mahoniową trwałą na głowie, obwieszona złotem i w skórzanej krótkiej kurtce z frędzlami oraz w bordowych szpilkach (obcas 12cm). Ale nic to, myślę, może jednak potem będzie dobrze, znaczy może mieszkanie tak mję olśni, że zapałam doń miłością od pierwszego wejrzenia i nic innego nie będzie się liczyć.

Wchodzimy na górę, Paniwłaścicielka zaczyna opowiadać, jak to 8 lat temu jej syn przeprowadził kapitalny remont, a ja tracę mowę, bo na podłogach widzę tanie linoleum, a tam gdzie normalni ludzie kładą glazurę, przyklejona jest tapeta zmywalna, obecnie elegancko odłażąca w kilku miejscach, bez litości odsłaniając, co jest pod spodem. Pani zaczyna swoją opowieść o tym, jak to pod linoleum są zdrowe deski, wymagające co najwyżej drobnego przecyklinowania, ja podnoszę linoleum, a tam średnio zdrowa płyta OSB, krzywo przykręcona do wypaczonych desek, z dość brutalną sugestią grzyba. Hm hm, kręcę głową z dezaprobatą i dzielę się głośno swoimi spostrzeżeniami. Pani mówi, że kłamię, że deski są JESZCZE PO NIEMCU i na pewno zdrowe jak rydz. Ja już wiem, że mieszkania nie kupię ni chuja, ale zaczynam się nieźle bawić, więc nie wychodzę, tylko z uprzejmym uśmiechem uświadamiam paniąwłaścicielkę i jej agenta, że kamienica została wybudowana w 1951 roku, więc rozumiem, że deski zostały wyszabrowane i przeinstalowane z jakiejś innej kamienicy – takiej bardziej przedwojennej jaGby. Potem idę macać instalację elektryczną. Paczę, a tu co prawda zamontowane zostały nowe gniazdka, ale ktoś to zrobił strasznie niechlujnie i obecnie niemal wszystkie wypadają z puszek, więc jednym rzutem oka można się było przekonać, jak wyglądają druciki wychodzące ze ściany i sama puszka. A wyglądały tak, że od razu nasuwał się wniosek, iż elektryka prawdopodobnie też jest PO NIEMCU. Agent zaczyna chyba rozumieć, że za te pieniądze mieszkanie nie pójdzie, więc grucha do mnie, że mogą zejść z ceny i że mieszkanko takie przytulne i może faktycznie wymaga pewnych nakładów, ale że remontu nie trzeba przecież robić tak od razu. Ja na to z perfidnym uśmiechem, że to jest klaustrofobiczna nora z grzybem pozaklejanym tapetami i linoleum, oraz że ja tego nie kupię na pewno, ale jeśli chce w ogóle znaleźć kupca, to raczej niech zejdzie tak z 30% z ceny, po czym wychodzimy z Panią Agentką zniesmaczone.

I takie mniej więcej atrakcje pochłaniają mnie od miesiąca z haczykiem. Ogłoszeń obejrzałam zyliony, mieszkań też już sporo, udało mi się nawet do pewnego stopnia złamać szyfr, którym pośrednicy posługują się preparując ogłoszenia, co pozwala mi oszczędzić sobie czasu:

  • „przytulne mieszkanko” oznacza pokoje wielkości windy z łazienką i kuchnią rozmiarów pudła po lodówce.
  • „świetna inwestycja pod wynajem” – sami nigdy nie chcielibyście w czymś takim mieszkać, bo co prawda blisko centrum albo uczelni, ale w zaszczurzonej oficynie, z masakrycznym widokiem z okna i z menelami na podwórku. sam lokal prawdopodobnie również wymaga remontu.
  • „widok na inne budynki” – zapewne znajdujące się dookoła podwórka-studni
  • „polecam ze względu na cenę i lokalizację” – nora
  • „wymaga drobnych nakładów” – wymaga gruntownego remontu, włączając w to skucie tynków do gołej cegły/płyty (może również wymagać wyburzenia całego budynku/kilku budynków/całej dzielni ).
  • „cicha, spokojna okolica w otoczeniu domów jednorodzinnych” – wróblom się tam kompas zacina, dociera tylko jedna linia komunikacji miejskiej, autobus w dodatku kursuje raz na godzinę i to wyłącznie w dni robocze między 6.00 a 18.00.

Jest też jeszcze akcja „świeżo adaptowane poddasze w śródmieściu, pod klucz, w atrakcyjnej cenie” – tu robię się od razu wyjątkowo podejrzliwa: wspólnoty masowo teraz adaptują strychy i sprzedają za całkiem przystępne pieniądze. Niestety zazwyczaj nie poprzedzają tego remontem dachu i wymianą rynien, stosują najtańsze materiały i ekipy budowlane, tynki w tych mieszkaniach jeszcze nie wyschły więc nie sposób ustalić, czy dach nie przecieka ani jakiej jakości jest izolacja. Jedno z takich mieszkań obejrzałam – na moje pytanie o certyfikat energetyczny albo chociaż zdjęcia termowizyjne agent najpierw kłamał, że wcale nie trzeba, potem kłamał, że to nabywca sam sobie na swój koszt powinien zrobić, potem kłamał, że się nie da zrobić dla jednego mieszkania w kamienicy, a jak mu powiedziałam, że da się nie tylko dla jednego mieszkania, ale dla każdego pomieszczenia w tym mieszkaniu z osobna, poinformował mnie, że no dobra, może i mam rację, ale nikt nigdy od nich tego nie chciał, a ci co chcieli to i tak zrezygnowali (w to akurat nie wątpię, jeżeli naopowiadał im tych samych bzdur). I argument pod tytułem „wszyscy z tego rezygnują” miał mnie przekonać, że ja też powinnam odpuścić. Aha, jasne.

W ogóle większość agentów nieruchomości zachowuje się tak, jakbym zamierzała kupić szampon do włosów zapińćzłoty, a nie chatę za prawie dwieście tysi, w której będę musiała potem mieszkać i spłacać ją przez najbliższych 30 lat. Rozjebała mnie natępszykłat pani wmawiająca mi, że klaustrofobiczna nora na Niebuszewie do gruntownego remontu (tam nikt się nawet nie pofatygował zaklejać czegokolwiek tapetą – po wejściu zobaczyłam po prostu gołe ściany z liszajami po farbie i odpadającym tynkiem) w złodziejskiej cenie, to zajebista okazja (i nie, cena już nie podlega negocjacjom, bo przesz okazja jak chuj) a okna wychodzące na wyjątkowo ruchliwą ulicę to sam miód, bo przesz komunikacja miejska tak blisko – nosz kurwa, trochę więcej szacunku dla mojej inteligencji. Po spotkaniach z 5 różnym pośrednikami trafiłam na moją Panią Agentkę i doszłam do wniosku, że będę się jej trzymać, bo jako jedyna nie wciska mi ciemnoty. A z pośrednikami z innych biur niech ona się szarpie, bo ja nie mam ochoty z nimi rozmawiać – mam ochotę co najwyżej im jebnąć.

Poza tym oczywiście zapierdalam po 12h na dobę, bo się we firmie zrobił straszny ruch w interesie, nie mam właściwie czasu na żadne życie towarzyskie, w wolnych chwilach szukam mieszkania i tak o. No nie ma czasu się w dupę podrapać, więc proszę się napawać tym przydługim wpisem, bo jak Babcię kocham, nie wiem, kiedy będę miała czas popełnić następny.

12:34, nimfabo
Link Komentarze (18) »