I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Czerpię paskudną perwersyjną przyjemność z kompromitowania naszego specjalisty od niczego – chociaż nie oszukujmy się, trochę idę na łatwiznę, bo on się świetnie kompromituje sam. I niby całe życie hołdowałam zasadzie, żeby nie robić niczego, co już zostało zrobione, zwłaszcza, jeżeli zostało zrobione dobrze, ale on jakoś tak na mnie działa, że mimo iż na każdym kroku obnaża swoją niewiedzę i bezdenną głupotę, czuję się zobowiązana dopomóc mu w tym zbożnym dziele. No po prostu to silniejsze ode mnie.

Ostatnio codziennie domagam się od niego zestawień albo danych dotyczących jego działki – dodajmy, że pan ma naprawdę odpowiedzialne stanowisko i o swoim kawałku firmowego ogródka powinien wiedzieć dokładnie WSZYSTKO. Więc ja z niewinnym uśmiechem i ociekającym słodyczą głosem domagam się od niego różnych informacji na piśmie, bo są mi niezbędnie potrzebne do ogólnofirmowych zestawień, których żąda ode mnie mój Herr Director, a pan specjalista oczywiście nie ma pojęcia, o co go pytam. O zrobieniu przez niego jakiegokolwiek zestawienia nie ma absolutnie mowy, bo po a nie umi zrobić tabelki w żadnym, ale to naprawdę kurwa ŻADNYM programie, po be nie ma pojęcia, co dzieje się w przypisanej mu działce, zaś po ce co prawda ma na drzwiach napisane „koordynator”, niestety skoordynować jest w stanie co najwyżej wsadzenie palca do nosa, choć i tego nie jesteśmy pewni. Dzięki temu dokumenty, które dostaję od pana koordynatora, nie nadają się absolutnie do niczego, co mję zawsze cieszy niebywale, gdyż mogę pójść z tą makulaturą do Herr Directora, zrobić minkę pod tytułem „zajebalimilizaka” i z krwawiącym sercem oznajmić, że niestety nie zrobię na czas zestawienia, bo brakuje mi danych od koordynatora. To znaczy właściwie koordynator dał mi zestawienie, ale ciężko mi dojść, co dokładnie w nim zestawił i z czym to zestawił a wogle to panie dyrektorze, przesz całość jest do Hulia niepodobna i dotyczy kompletnie nie tego, o co prosiłam. I nie, nie wiem, czego dotyczy, ale może Herr Director coś wyrozumie z tej ręcznie zapisanej połowy kartki A5 wydartej z zeszytu.

Nie muszę mówić, że Herr Director nie rozumi nic, woła koordynatora, klaruje mu przez kwadrans czego się od niego oczekuje, a potem siedzi w zaciszu gabinetu i przeklina strasznie.

Zapewne pojawi się zaraz pytanie, dlaczego Herr Director nie wypierdolił jeszcze koordynatora na zbitą zdezorientowaną twarz? Bo wierzy w ludzi. Poza tym do niedawna był święcie przeświadczony o pracowitości koordynatora, gdyż ten wysokiej klasy specjalista był przez nas wyręczany w większości obowiązków, a potem mówił dyrekcji, że to wszystko to on sam zrobił, tymi ręcami. Oczywiście mówił to w zaciszu dyrektorskiego gabinetu, kiedy nas nie było w pobliżu, więc pojęcia nie mieliśmy o jego pracowitości. Ale właśnie ostatnio tę pracowitość straszliwą odkryliśmy, więc postanowiliśmy nie wpierdalać mu się, bo przez naszą nadgorliwość nie dajemy się koledze wykazać, a co gorsza przez swoją ignorancję zniweczyć możemy efekty jego ciężkiej pracy.

Więc nie wtrancamy mu się w jego ogródek i dbamy bardzo, żeby wszystkie swoje zasrane obowiązki wykonywał sam. Ja jako suka z certyfikatami suczości piszę do niego przesłodkie maile do wiadomości Herr Directora, że potrzebuję to i tamto i sramto i proszę mi to dostarczyć na piśmie do godziny blablabla. Oraz oczywiście bez skrupułów podpierdalam koordynatora radośnie za każdym razem, kiedy nie wywiązuje się z powierzonych zadań (czyli w skrócie mówiąc po prostu podpierdalam go co najmniej raz dziennie), bo z parszywą kłamliwą i niekompetentną mendą pracować nie będę. Albo ja, albo on.

A powiedzmy sobie szczerze, JA się nie zwolnię, bo bardzo dobrze płacą i, co ważniejsze, uwielbiam tę robotę :)))

19:59, nimfabo
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5