I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
czwartek, 30 lipca 2009

Kurwa. Jest lato, jest upał, ja mam początki depresji (wszystko mnie w pracy wkurwia, więc tłumaczę sobie, że to depresja wskutek stresu, bo cóżby innego przecież), marzę o urlopie. Ale nie o takim urlopiku, 2-3 dni i wracam do huty, tylko o urlopie porządnym dwu- albo i nawet trzytygodniowym. Dziiiizas, ależ bym gdzieś sobie wyjechała. Tymczasem kończymy projekt (nieodmiennie od pół roku, a od dwóch miesięcy to on w sumie nawet jest skończony całkiem i oddany tylko pieprzymy się z poprawkami) więc na wszelkie moje nieśmiałe jęknięcia słyszę nieodmiennie „jaki urlop – nie zawracaj głowy tylko idź te tłumaczenia rób”. Super. Super.

W pracy generalnie atmosfera nerwowa, wszyscy mają jakiś taki szczękościsk niegasnący. Nawet mój ulubiony kolega Inżynier o nienagannych manierach zrobił się asertywny zaskakująco, ale też nie miał wyjścia, bo został właśnie kierownikiem, więc jeśli ma ten burdel jakoś ogarnąć to musi czem prędzej przedzierzgnąć się w miszcza asertywności po prostu. Na mnie rzecz jasna nie najeżdża, albowiem ja jestem chodzący profesjonalizm a ponadto jestem dla niego miła i uczynna. Ale w ciągu ostatnich dwóch tygodni przeprowadził w stosunku do jednego podwładnego trzy pionizacje za pomocą ciężkiego opierdolu i powiem, że szczena mi opadła, bo nie znałam go od tej strony. Jestem z niego bardzo dumna ;)

Oraz na gruncie prywatnym rozczarowanie straszliwe i refleksja taka, że jak mnie narzeczony robił w konia to owszem, bolało, ale – cytując klasyka – chuj mu w dupę i kotwica w plecy (narzeczonemu). Tymczasem kiedy robi w konia ktoś, kogo uważało się za przyjaciela, to generalnie straszny kanał i nie działa złota maksyma „tego kwiatu to pół światu”. Nie chce mi się tematu rozwijać, może kiedyś jak mi kurwica zejdzie. Teraz nie mam siły się w tym babrać.

Chcę wyjechać. Na Santorini albo do Amsterdamu albo do Paryżewa. Sama. Pochodzić, pogapić się na wodę, na domy, na drzewa. Tylko ja, moje empeczy i doznania wzrokowe. Niestety nie mam na to ani czasu ani siana. Fatalnie.

A tak z innej beczki setakse pomyślałam, że zakochałabym się chętnie. I nie to, że mam na oku jakiegoś faceta, tylko lubię samo uczucie bycia zakochaną. Że endorfiny, że dreszczyk, że barwy ostrzejsze. Jakoś nigdy nie miałam tak, że zakochawszy się i nawet randkując już z obiektem swego zainteresowania snułam jakieś plastyczne wizje rodem z reklamy Wedla, że ja i on, biała ślubna kieca-beza, gromada dzieciarów i dom z ogródkiem (do marzeń o domu z ogródkiem się przyznaję, ale widzę w nim tylko siebie i dwóch synów moich przysposobionych) czy inne tam gówna, co to kobiety podobno je planują już po otrzymaniu pierwszego esemesa od wybranka. Zawsze w uczuciu zadurzenia kręcił mnie sam etap wstępny, kiedy wszystko jest takie jeszcze enigmatyczne i niedopowiedziane, te aluzje, wzajemne podpuszczanie się i zawiesista erotyczna atmosfera. Bycie uwodzoną i uwodzenie. Zastanawianie się, jak całuje. Takie tam. Ale tylko faza początkowa jest upajająca, potem niestety zazwyczaj robi się z tego „gdzie byłaś tak długo, czy musisz tyle pracować, co jest na obiad, jak to wychodzisz, jaka koleżanka, dlaczego jej nie znam, jak to koledzy, jak to wrócisz rano, ale ja nie mam ochoty na kino, ale ja chcę obejrzeć mecz, nie czytaj książki teraz tylko posiedź ze mną, nie lubię twoich kolegów, koleżanek zresztą też, jak byłaś sama to mogłaś sobie żyć jak chcesz ale teraz jesteś ze mną” oraz inne takie, od których słabo mi się robi.

Sęk w tym, że ja nie mam ochoty z niczego rezygnować. Długo i ciężko pracowałam, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jestem. Długo walczyłam o swoją niezależność. I długo pracowałam nad sobą, żeby osiągnąć obecne zadowolenie z życia – bo pomijając drobne zgrzyty pracowe oraz czasami nieco większe zgrzyty prywatne, jestem szczęśliwa. Z tymi zgrzytami nawet. Mam swoją przestrzeń, do której wpuszczam kogo chcę i w której ja decyduję, co i z kim będę robić. I kiedy jestem tak wypluta jak dziś mogę przyjść do domu, w całkowitym milczeniu zapodać sobie którąś z rozlicznych gierek strategicznych, zmieść z powierzchni ziemi kilka miast, zjeść sobie co bądź, poleżeć z kotami, poczytać książkę, jeść krakersy w łóżku, posiedzieć na balkonie, poleżeć w wannie i robić wszystko, na co przyjdzie mi ochota. W całkowitym milczeniu.

Ale – do zakochania wracając, bo zdryfowałam nieco (cały dzisiejszy wpis to jeden wielki dryf) – no właśnie zakochałabym się ale tak bardziej bezzwiązkowo. Że nawet nie upieram się, żeby z wzajemnością. W sumie niby lepiej z, bo ciężko flirtować i budować napięcie, kiedy druga strona ma stosunek zlewczy, ale też nie pociąga mnie perspektywa związku stałego z wszelkimi konsekwencjami. No taka jestem dziwna jakaś.

I nie wiem teraz, czy że się zakochać, czy że może nie, i że wogle w kim i czy już teraz czy do urlopu poczekać i wtedy. Czy w kawalerze jakimś nadobnym, czy może w interesującym małżonku cudzym, a może pozostać przy miłości platonicznej do Nortona Edzia (która to miłość jest platoniczna oczywiście tylko dlatego, że Edziu jeszcze ni razu nie znalazł się w zasięgu mych arystokratycznych dłoni)…

Co robić, droga redakcjo?

Pees: miał być wieczór bez telewizji, ale właśnie kotecek carny przydepnął łapą pilota i włączył mi telejajko na TVN24. no ja nie mam pytań - jednak wszyscy faceci są jednacy, bez względu na gatunek ;)

22:24, nimfabo
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9