I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
środa, 21 lipca 2010

O moim życiu osobistym (które ku własnemu zaskoczeniu jeszcze jednak posiadam) poopowiadam może następnym razem.

Co się zaś tyczy pracy: po wielu moich wysiłkach nasz przeboski koordynator, specjalista od niczego, zwany również Księciem Bełkotu, wypierdala. Na razie wypierdala z naszej komórki organizacyjnej, aczkolwiek lada moment najprawdopodobniej wypierdala całkiem z firmy, gdyż prezes nie ma kompletnie pomysłu, jak spożytkować jego nietypowe a jakże wysokie kwalifikacje. Mnie to generalnie jebie, co się z miłym panem stanie, interesuje mnie głównie fakt, że osoba, która przejmuje po nim stanowisko, robi wrażenie kompetentnej, zorganizowanej i pełnej zapału do pracy, co stanowi miłą odmianę. Sama tę osobę zresztą znalazłam i przyprowadziłam do Herr Directora.

Książę Bełkotu jakieś dwa tygodnie temu, przy grubszej awanturze, był łaskaw przypierdolić mi hasłem, żebym se poczytała na drzwiach na jakim stanowisku tu pracuję; a mianowicie prostą asystentką dyrektora jestem, więc mam zawrzeć twarz, gdyż na niczym się nie znam, jestem całkowicie niekompetentna, a we wszystko się tylko wpierdalam i go biedaka ciągle strofuję, a przesz nie znam się na niczym więc mam się zamknąć i chuj. Na co ja wycedziłam, że teraz niech się dobrze zastanowi, jak żałosnym i niekompetentnym fiutem musi być on sam, skoro ja jako prosta głupia asystentka od dwóch miesięcy bardzo skutecznie obrabiam jego działkę, załatwiam jego sprawy, przez te dwa miesiące pchnęłam tematy, których on od pół roku nie umiał ruszyć, a to wszystko w chwilach wolnych od pełnienia moich obowiązków i nie znając się na kompletnie jego zakresie obowiązków. Oraz mimo rozlicznych odpierdalanych przez niego akcji sabotujących. Potem zaś kazałam mu zamknąć drzwi z drugiej strony, bo ja, w przeciwieństwie do niego, przychodzę do biura PRACOWAĆ, a nie kręcić całymi dniami gilowe kulki w nosie.

Generalnie akcja „jesteś prostą asystentką” nie zaskoczyła mnie nic a nic, bo od pewnego czasu atmosfera dawała się już nożem kroić, ale z drugiej strony jednak mnie lekko szarpnęło, bo wiem, że on takie rzeczy opowiada o mnie wszystkim od dwóch miesięcy. I opowiada je wszystkim nie tylko u nas w firmie, ale też naszym kontrahentom, co mnie wkurwia niebywale. Niby domyślałam się, że tak jest, zwłaszcza, od kiedy osoby mające z nim częsty kontakt zaczęły mi się przyglądać wzrokiem, jaki ja rezerwuję dla psiej kupy przyklejonej do wyjściowych szpilek, ale co innego się domyślać, a co innego usłyszeć w twarz coś takiego i mieć pełną świadomość, iż taką właśnie opinię ma się u ludzi z zewnątrz. Za sprawą fiuta, przez którego zapierdalałam po 12-14h na dobę, bo on kurwa nic nie robił a jak już coś zrobił to tęskniłam  za czasem, kiedy jednak nie robił nic, bo teraz oprócz odwalenia za niego roboty musiałam jeszcze prostować to, co spieprzył. Nie trzeba chyba mówić, że kiedy zapierdalałam jak mróweczka, tłukąc po 100 nadgodzin miesięcznie, uganiając się za różnymi ważnymi osobami żeby z nimi uzgadniać ważne rzeczy, zdobywając różne ważne podpisy, udając sierotkę Mariolę po urzędach w celu przyspieszenia uzyskania pewnych decyzji, a to wszystko oczywiście robiłam za Księcia Bełkotu, sam zainteresowany przechadzał się w glorii i chwale opowiadając wszystkim, jak to ON to wszystko załatwił jednym telefonem, a ja tam latam i w papierki się bawię, bo nie mam pojęcia, jak i z kim się takie sprawy załatwia, a poza tym mam przesadną słabość do formalności. No jak to do mnie dotarło gdzieś okrężną drogą przez współpracowników to normalnie chuj mje strzelił niewyobrażalny. Po czym poszłam do Księcia Bełkotu i zakomunikowałam sopranem słyszalnym w promieniu 30km, że skoro tak mu świetnie idzie załatwianie wszystkiego i wystarczy mu do tego wykonać jeden telefon, to od tejże właśnie chwili ja nie zamierzam nigdzie biegać, pisać pism, nikogo o nic prosić, układać żadnych jebanych harmonogramów ani poruszać żadnych swoich półprywatnych znajomości, że przy sprawach z jego zakresu obowiązków nie zamierzam kurwa więcej kiwnąć palcem, niech się kutas sam z tym wszystkim buja. Na co kolega wybełkotał, że no ale przecież wiem, że on teraz przez dwa tygodnie będzie uziemiony w terenie bez komputera i wogle, na co doczekał się mojego pełnego satysfakcji syku, że jebie mnie to dokładnie, a poza tym przecież na chuj mu komputer, skoro on wszystko i tak jednym telefonem załatwia. Komórkę będzie miał w tym terenie? Będzie. Więc nie rozumiem, w czym problem.

Pierwsze dwa dni spędzone przez kolegę w owym terenie, kiedy to nie załatwiałam za niego papierów, oczywiście poskutkowały zapierdoleniem wszelkich terminów, potem zaś kolega popełnił grubszą skuchę, którą próbował zamieść pod dywan, niestety nie miał chłopak szczęścia i podczas tego zamiatania natknął się na mnie. Sprawa była na tyle poważna, że musiałam poinformować przełożonych, aczkolwiek przyznaję bez bicia, że podpierdoliłabym go nawet, gdyby nie wymagał tego mój zakres obowiązków. Podpierdoliłam go jawnie, ale nieformalnie – to znaczy oralnie w jego obecności zakomunikowałam przełożonym o fakcie popełnienia skuchy, ale powstrzymałam się od napisania dyrektorowi maila i puszczenia tego do wiadomości prezesa. Co być może jednak było niepotrzebnym aktem łaski, bo dzięki temu nasz drogi kolega spędzi w firmie jeszcze jakiś czas, a mogli go od ręki dyscyplinarnie zwolnić. No i właśnie natychmiast po akcji podpierdalającej kolega przyszedł do mojego przestronnego gabinetu i powiedział, co ja jestem i co umiem jego zdaniem. Było to posunięciem niemądrym bardzo, albowiem wiem o kilku jeszcze jego obsuwach, o których nie powiedziałam dotąd kierownictwu (gdyż od tygodnia już narajony był następca i wiedziałam, że książę tak czy inaczej wypierdala z naszego projektu), ale teraz tak sobie myślę, że może jednak nie powinnam jego potknięć ukrywać bo to nieuczciwość i nielojalność straszna w stosunku do przełożonych a ja z natury jednak uczciwa jestem i lojalna do bólu. Więc nie wykluczam, że jak się jakoś mocniej wkurwię w ciągu tych dwóch dni, które jeszczekoordynator u nas zabawi, to naprawię ten błąd.

Sam następca księcia bełkotu stanowi dla mnie nieustające źródło radości i zachwytu (czysto służbowego, rzecz jasna) dziś był pierwszy dzień w pracy, od razu załatwił dwa zaległe tematy, ja oswajałam się z nową sytuacją pod tytułem „ojezu znowu mam tylko jeden etat”, ogólnie było fajowo, tylko jak już mi ciśnienie zeszło po tych ostatnich dwóch miesiącach na kurewsko wysokich obrotach, to poczułam, że jestem potwornie wprost zmęczona i potrzebuję urlopu wyjazdowego w Gdańsku natychmiast. Niestety „natychmiast” nastąpi dopiero po 10 sierpnia i urlopu dali mi tylko 3 dni, ale dobre i to.

A dziś wogle znowu wyszłam na sukę. A mianowicie był mi nasz nowy koordynator poczebien od ręki, a tymczasem pan jeszczedokońcatygodniakoordynator wyciągnął go w teren w celach chujwiejakich. Dzwonię więc do jeszczekoordynatora i pytam, gdzie do kurwy jędzy są. No w terenie. A co tam robią. No są w miejscu X i on nowemu koledze obrazowo opowiada o temacie Y. Lekko się zdziwiłam, bo trochę kurwa miejsce X do tematu Y miało się jak pięść do nosa, ale se myślę chuj, nie umiem dostrzec związku wyłącznie z powodu mojego prostoasystenctwa oraz niekompetencji, no nie znam się i tyle. Pytam więc, czy łaskawie mógłby kolegę nowego do biura mi odstawić, gdyż pilnie trzeba się zająć jedną rzeczą i chciałabym przekazać mu związane z tym dokumenty. Na co jeszczekoordynator zajebał hasło, że do końca tygodnia on będzie przekazywał nowemu koledze swoje obowiązki i całą swoją wiedzę, więc raczej mam się wstrzymać do poniedziałku. Ponieważ zmęczona jestem dziś bardzo, niewyspana, a do tego wczoraj znowu se naciągnęłam ścięgno w stopie (oczywiście naciągnęłam je zapierdalając za księcia bełkotu, kiedy robiłam inwentaryzację w terenie próbując maksymalnie wyczyścić przedpole nowemu koledze), to i panuję nad sobą nieco gorzej niż zwykle, w związku z czym nie zdzierżyłam i poinformowałam kolegę jeszczekoordynatora, że po a swoją wiedzę i obowiązki to może przekazać nowemu panu podczas wspólnego odlewania się, bo też tyle tych obowiązków i wiedzy o sprawach bieżących ma, a po be TEJ jego wiedzy i TYCH jego obowiązków, które mógłby ewentualnie przekazywać przez trzy dni, to niech zdecydowanie koledze oszczędzi, bo ja za miesiąc nie zamierzam nowego koordynatora szukać.

Nie uwierzycie, ale jeszczekoordynator nie chwycił aluzji.

Nic nie szkodzi. Ja sobie do piątku jeszcze pokopię leżącego, bo jakoś nie jestem w stanie znaleźć ani jednego powodu, dla którego miałabym tego nie robić. W twarz go pokopię, bo jaj to niestety ten pan nie ma. A potem odpocznę, poczucie humoru mi wróci, będę świeża i nęcąca niczym róży kwiat, będę się zajmować wyłącznie swoim zakresem obowiązków, a w międzyczasie będę sobie rozściełać mężczyzn u stóp. Bo PO TO się kurwa mać zatrudniłam w czysto męskiej firmie – żeby przyjmować od facetów hołdy. A nie za nich zapierdalać.

Co nie?

;)

21:12, nimfabo
Link Komentarze (22) »