I m a bitch and you know I wouldn t want it any other way
niedziela, 28 lipca 2013

kołchoźnica

 

Kochani moi, na załączonym obrazku widzimy kołchoźnicę w otoczeniu buraków pastewnych. Nie bez przyczyny go zamieściłam, albowiem o buraku będzie dzisiejsza opowieść.

Ale od początku.

Otóż jestem hożym dziewczęciem wychowanym na polskiej wsi. Wśród pól, na których złociły się złote łany pszenicy, srebrzyły srebrne łany żyta oraz pastwiły łany buraków pastewnych,  spędziłam dzieciństwo i wczesną młodość. Z niebywałą nostalgią wspominam czasy budowania bazy (znaczy się obozu wojennego) wśród pól kukurydzy oraz łapania gołymi rękoma, w rzece pod domem, ryb zwanych kozami. Obowiązkową rozrywką było też szabrowanie owoców z ogródków działkowych, mimo iż rodzice zaposiadywali własną działkę owocowo-warzywniczą. Od lat najmłodszych dbałam bowiem o linię, więc pomna, iż kradzione nie tuczy, z lubością wpierdalałam wyłącznie cudze truskawki i czereśnie.

Tak więc do wsi jako takiej wraz z przyległościami mam sentyment straszny.

Ale no kurwa bez przesady.

Otóż wystawi se Szanowne Państwo, że napotkałam dziś pastewnego buraka w sklepie Fresz w samym środku miasta, ale nie że na półce tam był, tylko w charakterze klijęta. Burak wypachniony był dla niepoznaki Hugonem Bossem oraz wyposażony w Miastowy Strój Letni i Markowy Obuw. Zdekonspirowało go to, że wjebał się dziarsko przede mnie bez kolejki, BO ON TYLKO NAPÓJ JEDEN MA. Po czym zastawił swą buraczą dupą cały kontuar, więc nie miałam gdzie odstawić dość ciężkiego koszyczka ani zgrzewuni z wodą - na podłogę nie odstawiałam, bo przesz PAN TYLKO NAPÓJ JEDEN MA, więc rach-ciach zapłaci i pójdzie w chuj, c'nie?.

A gdzież tam, przesz nie po to się przede mnie wpierdolił, żebym se nie postała, tak? Więc najpierw pięć minut uiszczał 2,48 zuych w zajebiście drobnym bilonie, a potem jeszcze się dopytywał zniesmaczony, dlaczego znaczków nie dostał i czy mógłby dostać za darmo reklamóweczkę na ten napój o zwalającej z nóg pojemności 500ml, bo mu rąk nie nastarcza do dźwigania go. A nienie, jak nie za darmo tylko trzeba dodatkowo uiścić osiem czy tam dziesięć groszy to on nie chce. Bo za darmo powinny dla klijętów być bo się należy. A przez cały ten czas kontuar dupą buraczaną zastawiony i chuj, że obok kobieta z ciężarami stoi, niech stoi, od stania nikt jeszcze nie umarł, a jemu się reklamóweczka należy i chuj.  

I tak se pomyślałam że to urocze, że w dzisiejszych czasach człowiek w środku dużego wojewódzkiego miasta może się natknąć na pastewnego buraka oraz na folklor, jakiego nawet u siebie na wsi nie zaznałam.

21:46, nimfabo
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2